piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 17

   Co on miał na myśli?
   Mój Pan będzie zadowolony.
   Co to oznacza? Ktoś nim kierował? Przecież to niemożliwe. Cały czas robił co chciał i nikogo się nie słuchał. Próbował mnie zabić, a później cieszył się, że żyję i chcę go zamordować?
   Było tyle pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Patrzyłam zamyślona na mijające drzewa. Przekręciłam się na siedzeniu samochodowym i próbowałam odgadnąć co miał na myśli. Jedno było pewne: to nie jest koniec naszej wojny. Zamordowałam Kubę i teraz Marcina. Co jeszcze będę musiała zrobić, aby zakończyć ten koszmar? Ciekawe co się stało z szkołą pod naszą nieobecność. Czy mój brat i przyjaciółka jeszcze żyją? Ta niewiedza doprowadzała mnie do szału.
   Chwile potem jak zadałam sobie te pytania, Lys zadzwonił z kradzionego telefonu do jednego z jego przyjaciół. Gdy rozmawiał zrobił się cały blady i myślałam, że za chwilę zatrzyma się by zwrócić dzisiejsze śniadanie zjedzone w tanim barze. Odłożył telefon i opowiedział mi o wszystkim. Był atak na szkołę, chwilę po naszej ucieczce. Większość przeżyła, ale jak to w każdej bitwie musiały też być trupy. Pod gruzami budynku na razie znaleziono parę ciał. Jednym z nich było ciało Niny. Tomek jest bezpieczny, ale nikt nie widział Gośki. Nadal szukają ludzi w tych gruzach. Może ona też się znajdzie? Mam nadzieję, że będzie wśród żywych.
   Spojrzałam na Lysandra. Skupiał się na drodze, mocno zaciskając ręce na kierownicy. Nawet nie wiedziałam jak udało mu się załatwić to auto. Mam nadzieję, że go nie ukradł.
   Zmierzaliśmy do tajnej bazy wojskowej. Był tam generał, który jest jednym z nas. Poprosimy go o pomoc. Może pozwoli nam zostać na parę dni albo pomoże nam rozwiązać zagadkę, o co chodzi z tym „Panem”.
   Jechaliśmy teraz polną drogą. W oddali było widać tylko mały, drewniany budynek. Wokół nas rozciągały się wielkie pasma pól i łąk.
   Zatrzymaliśmy się przy tym budynku. Lys wysiadł i powiedział:
   - To tutaj – był dosyć zdenerwowany.
   Domek był tak stary i spróchniały, że wyglądał jak kupa desek. Jednak zza ścian słychać było liczne rozmowy i jakieś hałasy. Prawdopodobnie to bar z alkoholem, w którym zbierali się najwięksi pijacy z okolicy.
   - To na pewno tutaj? – Zapytałam wysiadając z samochodu. – Przecież to melina.
   - To jest tylko wejście- odparł. - Baza jest przecież pod ziemią. Ale masz rację: to melina.
   Weszliśmy do brudnego budynku. Pomieszczenie było dosyć duże. Stało tam wiele stolików, przy których o dziwo siedzieli porządni faceci w wojskowych mundurach. Na wprost wejścia stała ogromna lada, za którą stał barman nalewający alkohol wojskowym. Z radia leciały piosenki country, a na ścianach wisiały czaszki różnych zwierząt. Na małych taboretach leżały siodła, na które trzeba było siadać. Gdzieś w rogu stał metalowy byk, na którego właśnie wsiadał jakiś koleś. Oczywiście wokół byka były rozłożone brązowe materace. Po pomieszczeniu chodziły zgrabne kelnerki-kowbojki rozdające piwa. Panowała tu wesoła atmosfera, wszyscy tutaj rozmawiali, śmiejąc się przy tym.
   Podeszliśmy do lady i Lys powiedział do barmana:
   - My do generała Keyna.
   Kiwnął nam głową i pokazał, że mamy za nim iść na zaplecze, z którego właśnie wychodził kolejny wojskowy. Zrobiliśmy jak kazał i znaleźliśmy się w małym pomieszczeniu. Była tam tylko winda. Weszliśmy do niej, a barman powiedział, że mamy jechać na minus trzydzieste piętro. Była dosyć mała, więc musieliśmy się cisnąć. Szybko znaleźliśmy się pod ziemią. Winda się otworzyła. Pierwsze co zobaczyłam to była nieskazitelna biel. Dosłownie wszystko było białe. Podłoga, ściany, drzwi – wszystko. Gdzie niegdzie przechadzali się wojskowi w swoich mundurach. Było tu wszystko czyste i połyskujące. Lys ruszył do przodu, więc poszłam za nim. Przemierzaliśmy długie korytarze, które niczym nie różniły się od siebie. Z pewnością zgubiłabym się tutaj, gdyby nie Lysander. On dokładnie wiedział gdzie mamy iść. Wlekłam się za nim, więc złapał mnie za rękę i pociągnął. Nagle się zatrzymał, nie pukając otworzył jedne z białych drzwi i wszedł do środka ciągnąc mnie za sobą. Oczywiście to pomieszczenie też było białe. Na środku stało ogromne, czarne biurko, za którym siedział jakiś generał. Miał kruczoczarne włosy obcięte na rekruta, na których znajdowała się generalska czapka. Miał gęste wąsy i niebieskie oczy. Na jego mundurze było wiele odznak.
   - Lys – powiedział, a jego oczy się rozpromieniły.
   - Cześć wuju – odparł mój przyjaciel. – Mam dla ciebie złe wieści.
   Opowiedział mu wszystko od początku do końca, zaczynając od wezwania posiłków przez szkołę, w której się wychowałam i kończąc na niedawnym ataku.

niedziela, 9 lutego 2014

UWAGA!

Mój blog o wilkołakach już istnieje, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, oto link:
http://rusz-wilczym-tropem.blogspot.com/
Na razie mam tylko prolog, ale wkrótce pojawią się też rozdziały.
Prolog jest dosyć krótki, ale rozdziały bd długie.
Miłego czytania!

PS. Nadal robię wygląd, więc się nie przestraszcie, ponieważ tło robiłam sama, tak na szybko, ale zrobię nowy nagłówek.

środa, 22 stycznia 2014

Rozdział 16

   - Albo oddasz mi tę słodką parkę po dobroci, albo twoja wataha przestanie istnieć – powiedział ze słodkim uśmieszkiem. Wiedziałam, że mówi prawdę. – Wybieraj. Ash, przecież możesz uratować jeszcze swoje wilczki. Wiesz, że nie zrobiłbym wam krzywdy bez powodu – zrobił minę pełną skruchy.
   - Jak nas znaleźliście? – Ash zmarszczył brwi.
   - Mamy swoje sposoby… To jak? Chyba nie chcesz, aby te biedne dzieci zginęły? – wskazał na gromadkę maluchów siedzących przy ciepłym ognisku. No, nie. Tego było już za wiele. Jak można zabić dzieci?
   Ash przełknął ślinę i spojrzał smutno na nas.
   - Przykro mi. Wataha jest dla mnie jak rodzina.
   - Ja JESTEM twoją rodziną! Posyłasz nas na pewną śmierć! Jak możesz?! – krzyczał Lys wściekły. Myślałam, że zaraz popłyną mu łzy z Polików, ale myliłam się. Lys nie płacze. Nigdy.
   Wiedziałam, że nie mogę nic zrobić. Walczyłabym. Ale po co, skoro i tak nie mam mocy, a wilkołaki nie wstawią się za nami? Plan Lysa prawie się powiódł. Prawie uciekliśmy. Prawie polubiłam Asha. Prawie odzyskałam moc. Tylko mały kroczek brakował, abym okaleczyła zmiennokształtnego ogniem. Gdybym oczywiście teraz nim władała. Niestety nigdy mi nic nie wychodzi. Lys zawsze ratował mi życie, a ja nie mogłam mu się odwdzięczyć. Mało tego, teraz zginie przeze MNIE. Wcale nie jest tak fajnie mieć moce. Zazwyczaj ginie się straszliwą i bolesną śmiercią. A, no i jeszcze ma się na sumieniu życie innych. Nie znam osoby takiej jak ja, która dożyłaby śmierci naturalnej. Dlaczego świat jest taki okrutny? Dlaczego ludzie mają prawo do szczęścia, a my nie? Zaczynałam wątpić w istnienie Boga. Zawsze miałam wątpliwości co do niego. Ale wierzyłam. Wierzyłam, że kiedyś odnajdę szczęście i byłam już blisko. Myślałam, że wszystko będzie dobrze, ale wtedy pojawił się Marcin i wszystko się zmieniło. Tam, w podziemiach nawet myślałam o samobójstwie, ale nie mogłam zrobić tego Lysowi. Nie w takiej chwili. Teraz zaczynałam tego żałować. Skończyłabym ze sobą i nic bym nie wiedziała, nie czuła. Chociaż z drugiej strony po prostu poszłabym na skróty, a to nie załatwiłoby sprawy. Zmiennokształtny ze złości zabiłby Lysa. Nie, nie mogę dopuścić, aby coś mu się stało. Nie pozwolę go skrzywdzić. Będę go bronić z całych sił.
   Zawsze warto spróbować swoich sił. Wytworzyć ognia nie mogę, ale może uda mi się pożyczyć go z ogniska?
   - Już nas nie skrzywdzisz! – krzyknęłam, po czym skierowałam rękę na ognisko i płynnym ruchem wskazałam na Marcina.
   Czułam wściekłość. Wypełniała mnie całą. Czułam to, chciałam tego. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Zmiennokształtny już dawno zabiłby nas wszystkich. Dlaczego tego jeszcze nie zrobił? Co prawda lubił bawić się emocjami innych, ale… Nie wiedziałam co o tym myśleć. Miałam wrażenie, że nie myślę trzeźwo. Przyjemne zimno wypełniło moje serce nienawiścią do wszystkich, którzy kiedykolwiek wyrządzili mi krzywdę.
   Widziałam jak ogniowe macki rzuciły się na chłopaka. Dwie odcięły mu drogę odwrotu, a dwie zaatakowały od przodu. Robiły dokładnie to co chciałam. Czułam jak jednoczę się z nimi. Podeszłam bliżej ogniska. Macki powoli lizały jego dłonie, potem nogi. Powoli wypalały dziury w jego spodniach, bluzce… Bawiłam się nim. Zasłużył. Na wszystko co zamierzałam mu zrobić. Podeszłam do niego. Stałam tuż przed nim, cała w ogniu. Nic mi nie robił. Byliśmy jednością. Złapałam Marcina za podbródek moją płomienną dłonią. Próbował nie krzyczeć, ale i tak zaczął wrzeszczeć jak dziewczyna, gdy tylko poczuł ogień w mojej dłoni. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Przez chwilę nawet widziałam jak jego usta wykrzywiają się w triumfujący uśmiech. A może tylko mi się zdawało?
   - Nigdy więcej nie zrobisz nikomu krzywdy! – wycedziłam przez zęby. Słyszałam, że mój głos zagłuszał ogień, w którym stałam. – Nigdy.
   Spojrzałam w jego pełne nienawiści oczy i postanowiłam zakończyć jego marny żywot. Odsunęłam się o krok.
   - Przemyśl swoje czyny.
  Wyciągnęłam przed siebie rękę i stworzyłam mały płomyk. Drugą przesuwałam wzdłuż ramienia zbierając i jak najwięcej energii. Gdy dłoń znalazła się przy nadgarstku, z małego płomyka powstał wielki podmuch zabójczego ognia. Patrzyłam z zadowoleniem na palącego się zmiennokształtnego. Na twarzy pojawił mi się szyderczy uśmiech. Marcin nie ruszał się z miejsca, ale palił się żywym ogniem. Krzyczał żałośnie, a ja karmiłam się tym krzykiem. Chciałam, aby jego żałosne skomlenie usłyszał cały świat. Myślałam, że będzie błagał, abym darowała mu życie, ale zachował swoją godność. Upadł na kolana cały w płomieniach.
   Nareszcie wykonałem swoje zadanie. Zabijanie daje Ci przyjemność. Mój Pan będzie zadowolony.  Usłyszałam w mojej głowie. Nawet podczas spotkania ze śmiercią, zmiennokształtny umiał dostać się do mojej głowy.
   Padł na ziemię, nie dając oznak życia.
   Ja, Fay Owen, zawsze grzeczna i miła, spaliłam go żywcem.

   

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 15

   Nagle Lys zaczął się śmiać, a ja zdezorientowana nie wiedziałam o co chodzi. Po prostu pękał ze śmiechu łapiąc się przy tym za brzuch. Ja oczywiście nadal nie wiedziałam dlaczego tak się zachowuje. Wilkołaki tylko stały i patrzyły się na niego żółtymi ślepiami. Dlaczego nas nie atakują? Mogłyby rozszarpać nas na strzępy w jednej sekundzie, ponieważ jesteśmy teraz bezbronnym, łatwym celem. Po ochłonięciu, Lysander wstał i powiedział:
   - Nieźle mnie wystraszyłeś, stary – nadal się uśmiechał.
   Wilk stanął na tylnych łapach i widziałam jak jego ciało przybiera ludzki kształt, a sierść powoli ustępuje kremowej skórze. Teraz na miejscu wilka stał umięśniony chłopak. Był trochę starszy od nas, ale nie dużo. Na jego głowie znajdowała się fala blond włosów, które gładko opadały mu na ramiona. Szczerze mówiąc nie lubiłam, gdy chłopak miał taką fryzurę, ale on wyglądał w niej naprawdę bosko. Oczy miał nadal żółte. Na szczęście miał na sobie spodnie. Wyszedł z cienia i mogłam mu się bardziej przyjrzeć. Miał na sobie czerwoną, rozpiętą bluzę, pod którą znajdował się umięśniony kaloryfer. Jego nos był lekko przekrzywiony, co dodawało mu więcej uroku.
   - Taka moja rola. – Podszedł do Lysa i objął go przyjacielsko. – No popatrz, kto by pomyślał, że mój mały kuzynek mnie odwiedzi! Jak ty tam teraz się nazywasz? Lys, tak?
   - Taa, wcale nie jestem już taki mały! – Odgryzł się mój przyjaciel.
   - Czy ktoś łaskawie może mnie wtajemniczyć? – spytałam zbulwersowana.
   - Fay, to jest mój kuzyn Ash, a ci za nim to jego wataha.
   Nieśmiało podeszłam do niego i podałam mu rękę. Dopiero teraz zauważyłam, że za nim stoi jeszcze parę umięśnionych chłopaków.
   Nagle usłyszeliśmy strzał. Daleko stąd. Z wioski. Nieprzyjaciel pokapował się, że w niej byliśmy i teraz pewnie szukał nas po mieszkaniach. Ktoś się pewnie wygada, że poszliśmy w stronę lasu. Musieliśmy wydostać się stąd jak najszybciej.
   - Znasz jakieś bezpieczne miejsce? – Lys spytał się Asha.
   - Tak. Przecież nasza wataha mieszka od kilkudziesięciu lat w tym lesie. Musimy mieć przecież jakąś miejscówkę. Biegnijcie za nami.
   Bez słowa ruszyliśmy za wilkami. Przyjrzałam się im nieco. Co prawda była już noc i niewiele mogłam zobaczyć, ale jednak. Ash był czarny. Tak naprawdę tylko to odróżniało go od innych. Może był trochę bardziej umięśniony, ale nic poza tym. Reszta wilków miała brązową sierść. Oczywiście wszystkie miały żółte oczy. Widziałam już wiele wilków w lesie przy szkole, ale żaden nie miał takich ślepi. Pewnie dlatego Lys wiedział, że oni są inni.
   Biegliśmy przez las już od dłuższego czasu, nogi mnie bolały. Poza tym dopiero teraz odczuwałam siniaki, po tym jak spadłam z Kubą ze schodów. No właśnie, Kuba…
   Chciałam wyrzucić go z myśli, ale nie mogłam. Tak po prostu. Nie umiałam.
   Byłam już wykończona, ale nic nie mówiłam. Nagle potknęłam się o gałąź wystawiającą z twardej ziemi. Niefortunnie upadłam na kamień. Z mojej nogi popłynęła spora strużka krwi. Ja pier*dole, jaka ze mnie niezdara!
   Wszystkie wilki zatrzymały się i czekały aż wstanę. Gdy to zrobiłam omal nie wywróciłam się drugi raz. Za każdym razem, gdy stawałam na chorą nogę, ta, bolała mnie jeszcze bardziej.
   - W takim stanie nie pobiegniesz – powiedział do mnie Lys lekko mnie przytrzymując. – Ash!
   Czarny wilk podbiegł do nas.
   - Wsiadaj, on cię zawiezie – popchnął mnie lekko w stronę Asha.
   - Nie ma mowy! – zaprzeczyłam. - On mnie nie uniesie! A poza tym ja z niego spadnę!
   - Wierz mi, wilkołaki potrafią różne rzeczy. – Lys podniósł mnie i wsadził na czarną istotę o żółtych oczach.
   Gdy już siedziałam wygodnie na jego grzbiecie, usłyszałam dźwięk łamanych kości i wilk nagle zaczął robić się coraz większy, aż był dostatecznie duży, aby mnie unieść. Moje nogi wisiały w powietrzu, a nie leżały na ziemi, jak przed chwilą. Położyłam się na brzuch i z całej siły złapałam się jego sierści.
   Wydawałoby się, że nasza wycieczka nie ma końca, aż dotarliśmy na miejsce. Była to jedna z ich głównych siedzib. Ogromna jaskinia. Z zewnątrz wyglądała na zwykłą. Za to głębiej… po prostu nie da się tego opisać. Na środku tej wielkiej jaskini paliło się ognisko, którego światło docierało wszędzie, jednak z zewnątrz nie było nic widać. Wokół niego wilkołaki zbudowali małe domki z drewna, gałęzi i liści. Było tu ciepło i przytulnie. Mimo, iż to jaskinia, nie było tu żadnych stalagmitów ani stalaktytów. Od razu było widać, że ma wiele rozgałęzień. Z tego co usłyszałam, jedno z nich prowadzi do niesamowitego jeziorka, gdzie czasami woda zmienia kolor. Następne rozgałęzienie prowadziło do pomieszczenia z różowymi świetlikami itd.
   Od razu po tym jak znaleźliśmy się tu, Ash zaniósł mnie do jednego z domków. Siedziała tam uzdrowicielka o imieniu Azra, która sprawnie opatrzyła mi krwawiącą nogę i obwinęła ją bandażem. Potem cała wataha przyszła usiąść przy ognisku. Piekliśmy kiełbaski i śpiewaliśmy różne piosenki w innych językach, które łatwo było zapamiętać. Było naprawdę przyjemnie. Do czasu.

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 14

   Dopiero teraz zrozumiałam co właśnie zrobiłam. Chciałam zabić Kubę, a jeszcze parę tygodni temu nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Kochałam go. A teraz wbiłam w jego pierś sopel.
   Leżał nieruchomo patrząc mi w oczy. Jego wzrok mówił: „Jak mogłaś to zrobić”. Nie mogłam uwierzyć, że to miało miejsce. Nagle poczułam, że gorąca łza spływa mi po policzku. Tyle ludzi zginęło już przeze mnie, a teraz jeszcze mój były chłopak.
   Otrząsnęłam się i wbiegłam zapłakana po schodach. Z hukiem otworzyłam drzwi na zewnątrz. Pomyślałam, że chciałabym, aby odrzuciło w tył chłopaków, którzy teraz atakowali Lysa. Stało to się zanim zdążyłam ruszyć ręką. Dziwne. Podbiegłam do przyjaciela i rzuciłam mu się na szyję.
   - Chodźmy stąd, proszę – szepnęłam mu do ucha.
   Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę małej wioski. Powoli robiło się już ciemno. Musieliśmy się śpieszyć. Zerwał się lodowaty wiatr, słońce zasłoniły chmury. Robiło się coraz zimniej. Musieliśmy znaleźć schronienie. 
   - Lysander, kiedy mogę to zdjąć? – wskazałam na materiał zawiązany wokół mojego ramienia.
   - Chyba już nam nic nie zagraża – podszedł do mnie i jedną ręką pomógł rozwiązać mi ten skrawek materiału. Nagle zmarszczył brwi i zapytał – Dlaczego masz krew na dłoniach? Fay co ty zrobiłaś?
   - No, bo szarpałam się z Kubą i … Byłam wściekła! Działałam pod wpływem emocji! Ja nie chciałam! – Rozryczałam się. Naprawdę nie chciałam zrobić mu krzywdy. Po prostu bałam się, że Lys zginie za moją przyczyną. To uczucie wyżerało mnie od środka.
   - A co mu zrobiłaś?
   - Wbiłam mu sopel w pierś. Dziwne, bo zrobiłam to lewą ręką, a w niej mam tylko ogień. Ale pewnie po tym jak zdobyłam wiatr coś się we mnie zmieniło.
   - Nie martw się – przygarnął mnie do siebie. Wiedział, że to lubiłam. Jednak sumienie i tak mnie pochłaniało.
   - A nie będą nas gonić?
   - Nie wiem.
   - To skąd wiesz, że jesteśmy bezpieczni? – zapytałam z irytacją.
   - Tego też nie wiem. Ale za to jestem pewny, że jak mielibyśmy to chwilę dłużej to… wiesz co by się stało – uśmiechnął się do mnie, spojrzał mi w oczy.
   - Przestań – powiedziałam zaczerwieniona.
   - Co mam przestać? – zmarszczył brwi.
   - Wszystkie dziewczyny powalasz tym swoim zniewalającym spojrzeniem? – odwróciłam się i ruszyłam dalej, a on za mną.
   - Mam zniewalające spojrzenie? – uśmiechnął się sam do siebie. Po co ja to mówiłam? Teraz na pewno jego ego wzrosło i myśli, że mi się podoba. – Warto wiedzieć…
   Chodziliśmy po domach szukając schronienia na noc, ale ludzie widząc nasze poszarpane ubrania zamykali przed nami drzwi. Tak w zasadzie to nie dziwię się im. Sama nie wpuściłabym do domu jakiegoś włóczęgi. Mógłby mnie okraść albo coś.
   Słońce zaszło za horyzont, a my pukaliśmy już do wszystkich domów. Czas było się otrząsnąć i iść dalej przed siebie. Szliśmy i szliśmy, aż dotarliśmy do małego lasku. Lysander stwierdził, że przyda nam się odpoczynek i usiedliśmy na zimnej trawie opierając się przy tym o wysokie brzozy. Nogi naprawdę mnie już bolały. W prawej ręce odzyskałam czucie. Tak samo jak Lys.
   Dlaczego zmiennokształtny mnie prześladuje? Przecież Pani Bodine już dawno temu zmarła. Dlaczego się na mnie uwziął? Nie rozumiem. Powoli zaczynam myśleć, że on jest chory. Ma manię zabijania. Ciekawe też, dlaczego nas porwał, a nie zabił. Jest tyle pytań bez odpowiedzi. Sama już się w tym wszystkim gubię. Chciałabym być normalną nastolatką. Nie martwiłabym się życiem innych, tylko marzyła o jakimś piosenkarzu z plakatu. Czytałabym magazyny dla dziewczyn i miała wszystko w dupie. Ale nie. Los zgotował mi takie piekło. Jest jeszcze pytanie: Dlaczego ja? Byłam miła, spokojna, nikomu nie wadziłam. A teraz muszę zabijać, aby przetrwać. Jak zawsze moja koleżanka mówi: „Life is brutal” Kiedyś mówiłam, że na pewno nie, ale teraz zgadzam się z tym.
   Patrzeliśmy z Lysem w gwieździste niebo. Księżyca nie było wcale. Był to widok tak piękny, że trudno go opisać. Wąchaliśmy woń oroszonej trawy. Wsłuchaliśmy się w szum liści. Jeszcze nigdy nie dostrzegałam piękna w tak prostych i naturalnych rzeczach jak te.
   Nagle usłyszeliśmy łamane gałązki i cichy warkot wilków. Strach oblał mnie całą.
   - Uciekliśmy żądnym zemsty psycholowi, a teraz pożrą nas wilki?- szepnęłam do Lysa.
   Jeden z wilków przybliżył się na tyle, że widziałam jego pysk. Patrzył swoimi żółtymi oczami prosto na mojego przyjaciela.
   - To nie są wilki – odpowiedział mi Lys – to są wilkołaki.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podbijam stawkę do 9 komentarzy!

wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 13

   Jeśli czytacie to dołączcie do obserwatorów!
---------------------->

   Lysander powiedział mi, że ta żółta maź w strzykawkach ma zablokować nasze moce. Dostajemy małą dawkę raz dziennie.
   Od czasu gdy Lys uratował mi życie i zdobyłam moc wiatru, moje oczy zaczęły zmieniać kolor. Na początku było to niedostrzegalne, ale teraz były już prawie całe zielone. Tak jak na początku. Zanim zdobyłam moc lodu.
   Lys opowiadał mi, że po tym jak jego rodzice wyjechali do Ameryki chciał zacząć życie od nowa. Zostawić przeszłość w zapomnieniu. Zrobił więc sobie tatuaż. Mówił, że czuł jakby odrodził się na nowo. Pierwszy raz od tego czasu wspomniał o swojej przeszłości. Więcej nie chciał mówić o swoim dzieciństwie.
   Strasznie lubi zwierzęta, a szczególnie psy. Kocha muzykę i przyrodę. Myślałam, że takich chłopców już nie ma, a tu proszę.
   - Chyba wiem jak się stąd wydostać- powiedział pod koniec dnia.
   - Mów - odparłam szybko.
   - Zawsze dostajemy zastrzyk w to samo miejsce. W prawy nadgarstek. A gdybym przewiązał nam kawałkiem materiału ramię? Co prawda nie mielibyśmy czucia w prawej ręce, ale trucizna nie dostałaby się do serca i może drugą ręką moglibyśmy władać mocą? Wtedy ucieklibyśmy. Wiem, że to trochę dziwne, ale nic innego nie mamy…
   - Ale jeśli w ręce nie będzie dopływu krwi to możemy ją stracić.
   - Tak, ale jak już uciekniemy to możemy odwiązać ten materiał i z ręką będzie wszystko okej.
   - No ale wtedy trucizna dostanie się do serca i znów nie będziemy  mieli mocy… A co jeśli nas zaatakują?
   - Tak, wiem, że jest jakieś ryzyko, ale nie możemy tak bezczynnie siedzieć… -patrzył na mnie tym swoim przekonującym wzrokiem.
   - Dobra… Zawsze możemy spróbować…- ten plan był nierealny, ale innego nie mieliśmy.
   Na drugi dzień zrobiliśmy tak jak mówił. Powoli traciłam czucie w ręce, Lys chyba tak samo, ale nadal nie miałam mocy. Potem dali nam zastrzyki. Nie sądzę, aby ten plan się powiódł. Po jakimś czasie, gdy nie czułam już ręki, spojrzałam na lewą dłoń i skupiłam się na niej. Z niedowierzaniem zobaczyłam, że wydobywa się z niej płomień. Lys miał rację. Podszedł do drzwi i wyważył je siłą wiatru. Włączył się alarm. Był tak głośny, że bębenki mi wysadzało. Jeszcze to czerwone światło, które pulsowało nie wiadomo skąd. Typowe! Nie mogli wymyślić nic lepszego?
   Wybiegliśmy z naszego „pokoju” i ruszyliśmy wzdłuż korytarza. Wyciągnęłam za siebie lewą rękę i podpalałam podłogę za nami. Nie chciałam, aby ktoś nas gonił. Lysander swoją ręką odpychał wszystkich strażników. Przeważnie mdleli oni od upadków albo urazów. Wbiegliśmy na schody, które pięły się w górę. Były nieskończenie długie. Gdy otworzyliśmy drzwi znaleźliśmy się na dworze. Oślepiło nas światło.
   Już wiem dlaczego w tamtym pomieszczeniu nie było okien. Najpierw myślałam, że to zabezpieczenie, ale my po prostu byliśmy pod ziemią.
   Staliśmy teraz na pustkowiu. W oddali było widać jakieś domy, ale nic poza tym.
   Usłyszałam dźwięk ładowanego pistoletu, a chwilę później głos:
   - Wiedziałem, że uciekniesz - mówił spokojnie, celował w Lysa.- Ale będę taki dobry i pozwolę ci wybrać. Albo pójdziesz ze mną i nie będziesz się rzucać, albo strzelę w twojego nowego przyjaciela i po prostu cię porwę. Wybieraj.
   - Opuść ten pistolet albo Cię zabiję! - powiedziałam to z zimną krwią, ale on nie zwracał na to uwagi.
   - Ty? Mnie? Nie sadzę… Dobry pomysł z tą ręką- kiwną głową na materiał zawiązany wokół mojego ramienia. Wcześniej był zakryty, ale teraz rękaw od bluzki mi się zsunął i odkrył cały materiał.- Przejdziesz na złą stronę mocy czy pozwolisz abym zabił twojego kochasia?
   - A jeśli… pójdę z tobą to puścisz go wolno? - zapytałam. Nie wiedziałam co mam myśleć.
   - Oczywiście!
   Spojrzałam na chłopaka, a potem na Lysa. Przyjaciel zrobił przestraszoną minę i zaczął kiwać przecząco głową.
   - Nie- powiedział- nie pozwolę Ci!
   - Nie masz nic do gadania…- odparłam smutno i ruszyłam powoli w stronę złego.
   Z budynku wybiegło dwóch chłopaków, ale gdy nas zobaczyli oparli się o ścianę i nawet nie pisnęli słówka.
   Zły złapał mnie za prawy nadgarstek i prowadził w stronę drzwi wejściowych.
   - Możesz iść - powiedział do Lysa nawet na niego nie patrząc. Gdy wchodziliśmy do budowli kiwnął do chłopaków stojących pod ścianą.Teraz byliśmy w środku.
   Dopiero po chwili załapałam co to znaczyło. Rozkazał im zabić Lysandra. 
   - Nie! - krzyknęłam i zaczęłam się szarpać. Staliśmy na szczycie schodów, a chłopak poślizgnął się, więc spadliśmy z nich. Szarpałam się dalej próbując uwolnić się z ucisku złego. Prawą ręką wytworzyłam wielki sopel lodu i wbiłam go w pierś Kuby.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem. Ten rozdział powinien pojawić się trochę później, ale nie mogłam już go dłużej przetrzymywać. Następny pojawi się, gdy będzie 8 komentarzy pod tym postem!
Komentujcie!
Wszystkim czytelnikom życzę wesołych świąt i bogatego mikołaja!

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 12

   - Lys! - krzyknęłam i klęknęłam obok niego.
   Leżał nieruchomo na ziemi i trzymał się za brzuch. Zauważyłam, że jego ręka jest cała czerwona. Ze szpar pomiędzy jego palcami wydobywała się gęsta, gorąca krew.
   - Odsuń się od niego, bo dostanie następną kulkę! I tym razem w łeb! - powiedział chłopak trzymający w ręku mały pistolet.
   Powoli odsunęłam się od rannego. Poczułam jak z moich policzków kapią niechciane łzy. Pokazywałam swoją słabość, a tego najbardziej się bałam. Znali już moją słabą stronę.
   Ktoś złapał mnie w pasie i nim zdążyłam zareagować wbił mi małą strzykawkę w ramie. Zobaczyłam, że znajdował się w niej jakiś żółty płyn, który teraz pływał razem z krwią w moim ciele.
   Szarpałam się przez chwilę, po czym moje ciało zdrętwiało i nogi ugięły się pode mną. Gdyby nie ten koleś ze strzykawką, dawno leżałabym na ziemi. Wziął mnie na ręce i ruszył w stronę czarnego samochodu stojącego pod drzewami, którego wcześniej nie zauważyłam.
   Chłopak z pistoletem schował go do tylnej kieszeni i przerzucił przez ramię krwawiącego Lysandra. Ranny tylko zacisnął zęby.
   Wrzucili nas jak psy do tego auta. Mój przyjaciel za chwilę pewnie umrze, a ja nie mogłam nawet się do niego przytulić nie mówiąc już o pomocy.
   Czasami jednak warto kierować się rozumem, a nie sercem. Dlaczego ja byłam taka głupia?! Przecież mogłam domyślić się co Kuba planuje, tym bardziej, że kamień proroczy mnie ostrzegał, abym mu nie ufała! Czasami dziwię się własnej głupocie.
   Teraz rozpłakałam się na dobre. Czułam jak z moich oczu runął wodospad słonych łez.
   - Przepraszam…- szepnęłam.
   - Za co?- zapytał ochrypłym głosem Lys.
   - Ten wisiorek ostrzegał mnie, że Kuba coś knuje i mam mu nie ufać… Ale ja i tak zaufałam. Chciałam wierzyć, że on przyszedł po to by… Sama nie wiem po co…
   - Nie przejmuj się. Takie było nasze przeznaczenie -odparł tylko.
   Podróż była długa i mozolna. Gdy dojechaliśmy na miejsce założyli nam worki na głowy i wnieśli do małego pokoiku. Nie wiem czy można nazwać to pokojem. Ściany były całe szare, tak samo jak podłoga. W rogu stało jedno wąskie łóżko, na którym leżały jakieś koce. Oprócz tego nic tam nie było.
   Nadal nie mogłam się ruszać. Położyli mnie na tym małym łóżku, a Lysandra posadzili w rogu pomieszczenia.
   Samotnie, tak aby Lys nie zobaczył, zaczęłam gorzko płakać. Łzy leciały za mnie jak deszcz z burzowych chmur. Wypełniały mnie smutek oraz gniew. Smutek był jak sztylet przeszywający moje serce, a ciemne macki gniewu całkowicie je oblepiły, aby zmienić e twardy kamień.
   Lys siedział spokojnie z zamkniętymi oczami, ciężko dysząc przy tym.
   Moje ciało lekko się trzęsło, choć wciąż byłam sparaliżowana.
   W końcu moje serce i oddech zwolniły. Uspokoiłam się trochę i wreszcie zasnęłam.

   Gdy się obudziłam leżałam w objęciach Lysandra. Jego rana była opatrzona i starannie zaklejona dużym bandażem.
Badałam czułym wzrokiem jego naga klatkę piersiową. Pierwszy raz widziałam go bez bluzki. Po boku jego wspaniałego, opalonego torsu wiły się czarne tatuaże.
   Lekko przesunęłam rękę w jego stronę i opuszkami zimnych palców musnęłam lekko jego ciało. Paraliż widocznie już ustąpił.
   Drgną i sennie otworzył oczy. Pewnie spał, a ja go obudziłam. Znów chciało mi się płakać. Jak ja mogłam go w to wszystko wciągnąć? Lepiej byłoby, gdybym w ogóle go nie poznała. Nie cierpiałby teraz i byłby bezpieczny. Czułam się winna.
   Patrząc mi czule w oczy lekko się uśmiechnął.
   Spojrzałam na drzwi i zaczęłam się zastanawiać jak można stąd uciec. Przecież mogę użyć swojej mocy! Dlaczego szybciej na to nie wpadłam?!
   Zerwałam się z łóżka i stanęłam w małej odległości od drzwi. Skierowałam lewą rękę w ich stronę. Zaraz wysadzę te drzwi strumieniem ognia!
   Ale nic się nie stało. Wydobyły się z niej tylko małe iskierki. Tak samo było z drugą ręką.
   - Podali nam coś. Nasze moce są zablokowane-powiedział mój przyjaciel- ale nie na długo.
   Usiadłam z powrotem na łóżko wściekła i zrezygnowana.
   - Przepraszam, że Cię w to wpakowałam-odparłam smutno.
   - Sam chciałem ci pomóc. Nie masz prawa czuć się winna.
   - Wiem, ale nie umiem się tak nie czuć.
   - Chodź tu- pokazał mi ręką, że chce mnie przytulić.
   Położyłam się na łóżku, a on przygarnął mnie do siebie.
   - Jesteś moim przyjacielem i nie chcę żebyś zginął.
   - Chcę być dla ciebie kimś więcej niż tylko przyjacielem i chcę umrzeć razem z tobą.
   Te słowa całkowicie mnie zamurowały. Spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich miłość i pożądanie. Jednak nie próbował mnie pocałować. Nie narzucał się. Wiedział, że może to być dla mnie trudne. Spuściłam wzrok. Jego oddech był szybki, tak jak mój. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Serce biło mi niewyobrażalnie szybko. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam nawet o niczym myśleć...
   - Opowiedz mi o sobie- wyrwało mi się.- Znamy się około dwa tygodnie, a ja dopiero wczoraj dowiedziałam się, że władasz nad wiatrem.
   - Dobra, ale ty opowiesz o sobie. To od czego mam zacząć?
   Ironia. Kocha mnie, ale tak w zasadzie nic o mnie nie wie. Miłość jest skomplikowana.
   - Hmmm… Od rodziców.
   - Okej…- przez chwilę się namyślał. - Mój ojciec był pijakiem. Nie rozumiem jak w ogóle taki element mógł mieć jakąkolwiek moc. Często bił matkę, a ona potem wylewała swój gniew na mnie. Biła mnie jego paskiem. Ciągle powtarzała, że jestem głupim dzieckiem i powinienem już w tym wieku mieć moc. Oczywiście miałem ją, ale nie mówiłem im o tym, bo bałem się, że będą zmuszać mnie do złych rzeczy. Nasz sąd najwyższy zabrał im moc, a potem odebrał prawa do opieki nade mną. Później trafiłem do wspaniałej rodziny. Wychowywałem się w niej przez osiem lat, aż ostatnio oznajmili, że chcą posługiwać się mocą dla własnej wygody, a nie usługiwać innym. Wyprowadzili się do Ameryki i więcej o nich nie słyszałem. A twoi rodzice?
   - Biologicznych nie znam-powiedziałam szybko. Był to dla mnie bardzo trudny temat.- Zginęli podczas ataków na szkołę przez ojca Marcina. Trafiłam do rodziny zastępczej, która teraz ma mnie głęboko w dupie. Zawsze narzekali na mnie.
   Nagle ktoś wszedł do pokoju z dwoma dużymi strzykawkami na srebrnej tacce.
    - Kto pierwszy?- zapytał.