wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 13

   Jeśli czytacie to dołączcie do obserwatorów!
---------------------->

   Lysander powiedział mi, że ta żółta maź w strzykawkach ma zablokować nasze moce. Dostajemy małą dawkę raz dziennie.
   Od czasu gdy Lys uratował mi życie i zdobyłam moc wiatru, moje oczy zaczęły zmieniać kolor. Na początku było to niedostrzegalne, ale teraz były już prawie całe zielone. Tak jak na początku. Zanim zdobyłam moc lodu.
   Lys opowiadał mi, że po tym jak jego rodzice wyjechali do Ameryki chciał zacząć życie od nowa. Zostawić przeszłość w zapomnieniu. Zrobił więc sobie tatuaż. Mówił, że czuł jakby odrodził się na nowo. Pierwszy raz od tego czasu wspomniał o swojej przeszłości. Więcej nie chciał mówić o swoim dzieciństwie.
   Strasznie lubi zwierzęta, a szczególnie psy. Kocha muzykę i przyrodę. Myślałam, że takich chłopców już nie ma, a tu proszę.
   - Chyba wiem jak się stąd wydostać- powiedział pod koniec dnia.
   - Mów - odparłam szybko.
   - Zawsze dostajemy zastrzyk w to samo miejsce. W prawy nadgarstek. A gdybym przewiązał nam kawałkiem materiału ramię? Co prawda nie mielibyśmy czucia w prawej ręce, ale trucizna nie dostałaby się do serca i może drugą ręką moglibyśmy władać mocą? Wtedy ucieklibyśmy. Wiem, że to trochę dziwne, ale nic innego nie mamy…
   - Ale jeśli w ręce nie będzie dopływu krwi to możemy ją stracić.
   - Tak, ale jak już uciekniemy to możemy odwiązać ten materiał i z ręką będzie wszystko okej.
   - No ale wtedy trucizna dostanie się do serca i znów nie będziemy  mieli mocy… A co jeśli nas zaatakują?
   - Tak, wiem, że jest jakieś ryzyko, ale nie możemy tak bezczynnie siedzieć… -patrzył na mnie tym swoim przekonującym wzrokiem.
   - Dobra… Zawsze możemy spróbować…- ten plan był nierealny, ale innego nie mieliśmy.
   Na drugi dzień zrobiliśmy tak jak mówił. Powoli traciłam czucie w ręce, Lys chyba tak samo, ale nadal nie miałam mocy. Potem dali nam zastrzyki. Nie sądzę, aby ten plan się powiódł. Po jakimś czasie, gdy nie czułam już ręki, spojrzałam na lewą dłoń i skupiłam się na niej. Z niedowierzaniem zobaczyłam, że wydobywa się z niej płomień. Lys miał rację. Podszedł do drzwi i wyważył je siłą wiatru. Włączył się alarm. Był tak głośny, że bębenki mi wysadzało. Jeszcze to czerwone światło, które pulsowało nie wiadomo skąd. Typowe! Nie mogli wymyślić nic lepszego?
   Wybiegliśmy z naszego „pokoju” i ruszyliśmy wzdłuż korytarza. Wyciągnęłam za siebie lewą rękę i podpalałam podłogę za nami. Nie chciałam, aby ktoś nas gonił. Lysander swoją ręką odpychał wszystkich strażników. Przeważnie mdleli oni od upadków albo urazów. Wbiegliśmy na schody, które pięły się w górę. Były nieskończenie długie. Gdy otworzyliśmy drzwi znaleźliśmy się na dworze. Oślepiło nas światło.
   Już wiem dlaczego w tamtym pomieszczeniu nie było okien. Najpierw myślałam, że to zabezpieczenie, ale my po prostu byliśmy pod ziemią.
   Staliśmy teraz na pustkowiu. W oddali było widać jakieś domy, ale nic poza tym.
   Usłyszałam dźwięk ładowanego pistoletu, a chwilę później głos:
   - Wiedziałem, że uciekniesz - mówił spokojnie, celował w Lysa.- Ale będę taki dobry i pozwolę ci wybrać. Albo pójdziesz ze mną i nie będziesz się rzucać, albo strzelę w twojego nowego przyjaciela i po prostu cię porwę. Wybieraj.
   - Opuść ten pistolet albo Cię zabiję! - powiedziałam to z zimną krwią, ale on nie zwracał na to uwagi.
   - Ty? Mnie? Nie sadzę… Dobry pomysł z tą ręką- kiwną głową na materiał zawiązany wokół mojego ramienia. Wcześniej był zakryty, ale teraz rękaw od bluzki mi się zsunął i odkrył cały materiał.- Przejdziesz na złą stronę mocy czy pozwolisz abym zabił twojego kochasia?
   - A jeśli… pójdę z tobą to puścisz go wolno? - zapytałam. Nie wiedziałam co mam myśleć.
   - Oczywiście!
   Spojrzałam na chłopaka, a potem na Lysa. Przyjaciel zrobił przestraszoną minę i zaczął kiwać przecząco głową.
   - Nie- powiedział- nie pozwolę Ci!
   - Nie masz nic do gadania…- odparłam smutno i ruszyłam powoli w stronę złego.
   Z budynku wybiegło dwóch chłopaków, ale gdy nas zobaczyli oparli się o ścianę i nawet nie pisnęli słówka.
   Zły złapał mnie za prawy nadgarstek i prowadził w stronę drzwi wejściowych.
   - Możesz iść - powiedział do Lysa nawet na niego nie patrząc. Gdy wchodziliśmy do budowli kiwnął do chłopaków stojących pod ścianą.Teraz byliśmy w środku.
   Dopiero po chwili załapałam co to znaczyło. Rozkazał im zabić Lysandra. 
   - Nie! - krzyknęłam i zaczęłam się szarpać. Staliśmy na szczycie schodów, a chłopak poślizgnął się, więc spadliśmy z nich. Szarpałam się dalej próbując uwolnić się z ucisku złego. Prawą ręką wytworzyłam wielki sopel lodu i wbiłam go w pierś Kuby.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem. Ten rozdział powinien pojawić się trochę później, ale nie mogłam już go dłużej przetrzymywać. Następny pojawi się, gdy będzie 8 komentarzy pod tym postem!
Komentujcie!
Wszystkim czytelnikom życzę wesołych świąt i bogatego mikołaja!

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 12

   - Lys! - krzyknęłam i klęknęłam obok niego.
   Leżał nieruchomo na ziemi i trzymał się za brzuch. Zauważyłam, że jego ręka jest cała czerwona. Ze szpar pomiędzy jego palcami wydobywała się gęsta, gorąca krew.
   - Odsuń się od niego, bo dostanie następną kulkę! I tym razem w łeb! - powiedział chłopak trzymający w ręku mały pistolet.
   Powoli odsunęłam się od rannego. Poczułam jak z moich policzków kapią niechciane łzy. Pokazywałam swoją słabość, a tego najbardziej się bałam. Znali już moją słabą stronę.
   Ktoś złapał mnie w pasie i nim zdążyłam zareagować wbił mi małą strzykawkę w ramie. Zobaczyłam, że znajdował się w niej jakiś żółty płyn, który teraz pływał razem z krwią w moim ciele.
   Szarpałam się przez chwilę, po czym moje ciało zdrętwiało i nogi ugięły się pode mną. Gdyby nie ten koleś ze strzykawką, dawno leżałabym na ziemi. Wziął mnie na ręce i ruszył w stronę czarnego samochodu stojącego pod drzewami, którego wcześniej nie zauważyłam.
   Chłopak z pistoletem schował go do tylnej kieszeni i przerzucił przez ramię krwawiącego Lysandra. Ranny tylko zacisnął zęby.
   Wrzucili nas jak psy do tego auta. Mój przyjaciel za chwilę pewnie umrze, a ja nie mogłam nawet się do niego przytulić nie mówiąc już o pomocy.
   Czasami jednak warto kierować się rozumem, a nie sercem. Dlaczego ja byłam taka głupia?! Przecież mogłam domyślić się co Kuba planuje, tym bardziej, że kamień proroczy mnie ostrzegał, abym mu nie ufała! Czasami dziwię się własnej głupocie.
   Teraz rozpłakałam się na dobre. Czułam jak z moich oczu runął wodospad słonych łez.
   - Przepraszam…- szepnęłam.
   - Za co?- zapytał ochrypłym głosem Lys.
   - Ten wisiorek ostrzegał mnie, że Kuba coś knuje i mam mu nie ufać… Ale ja i tak zaufałam. Chciałam wierzyć, że on przyszedł po to by… Sama nie wiem po co…
   - Nie przejmuj się. Takie było nasze przeznaczenie -odparł tylko.
   Podróż była długa i mozolna. Gdy dojechaliśmy na miejsce założyli nam worki na głowy i wnieśli do małego pokoiku. Nie wiem czy można nazwać to pokojem. Ściany były całe szare, tak samo jak podłoga. W rogu stało jedno wąskie łóżko, na którym leżały jakieś koce. Oprócz tego nic tam nie było.
   Nadal nie mogłam się ruszać. Położyli mnie na tym małym łóżku, a Lysandra posadzili w rogu pomieszczenia.
   Samotnie, tak aby Lys nie zobaczył, zaczęłam gorzko płakać. Łzy leciały za mnie jak deszcz z burzowych chmur. Wypełniały mnie smutek oraz gniew. Smutek był jak sztylet przeszywający moje serce, a ciemne macki gniewu całkowicie je oblepiły, aby zmienić e twardy kamień.
   Lys siedział spokojnie z zamkniętymi oczami, ciężko dysząc przy tym.
   Moje ciało lekko się trzęsło, choć wciąż byłam sparaliżowana.
   W końcu moje serce i oddech zwolniły. Uspokoiłam się trochę i wreszcie zasnęłam.

   Gdy się obudziłam leżałam w objęciach Lysandra. Jego rana była opatrzona i starannie zaklejona dużym bandażem.
Badałam czułym wzrokiem jego naga klatkę piersiową. Pierwszy raz widziałam go bez bluzki. Po boku jego wspaniałego, opalonego torsu wiły się czarne tatuaże.
   Lekko przesunęłam rękę w jego stronę i opuszkami zimnych palców musnęłam lekko jego ciało. Paraliż widocznie już ustąpił.
   Drgną i sennie otworzył oczy. Pewnie spał, a ja go obudziłam. Znów chciało mi się płakać. Jak ja mogłam go w to wszystko wciągnąć? Lepiej byłoby, gdybym w ogóle go nie poznała. Nie cierpiałby teraz i byłby bezpieczny. Czułam się winna.
   Patrząc mi czule w oczy lekko się uśmiechnął.
   Spojrzałam na drzwi i zaczęłam się zastanawiać jak można stąd uciec. Przecież mogę użyć swojej mocy! Dlaczego szybciej na to nie wpadłam?!
   Zerwałam się z łóżka i stanęłam w małej odległości od drzwi. Skierowałam lewą rękę w ich stronę. Zaraz wysadzę te drzwi strumieniem ognia!
   Ale nic się nie stało. Wydobyły się z niej tylko małe iskierki. Tak samo było z drugą ręką.
   - Podali nam coś. Nasze moce są zablokowane-powiedział mój przyjaciel- ale nie na długo.
   Usiadłam z powrotem na łóżko wściekła i zrezygnowana.
   - Przepraszam, że Cię w to wpakowałam-odparłam smutno.
   - Sam chciałem ci pomóc. Nie masz prawa czuć się winna.
   - Wiem, ale nie umiem się tak nie czuć.
   - Chodź tu- pokazał mi ręką, że chce mnie przytulić.
   Położyłam się na łóżku, a on przygarnął mnie do siebie.
   - Jesteś moim przyjacielem i nie chcę żebyś zginął.
   - Chcę być dla ciebie kimś więcej niż tylko przyjacielem i chcę umrzeć razem z tobą.
   Te słowa całkowicie mnie zamurowały. Spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich miłość i pożądanie. Jednak nie próbował mnie pocałować. Nie narzucał się. Wiedział, że może to być dla mnie trudne. Spuściłam wzrok. Jego oddech był szybki, tak jak mój. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Serce biło mi niewyobrażalnie szybko. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam nawet o niczym myśleć...
   - Opowiedz mi o sobie- wyrwało mi się.- Znamy się około dwa tygodnie, a ja dopiero wczoraj dowiedziałam się, że władasz nad wiatrem.
   - Dobra, ale ty opowiesz o sobie. To od czego mam zacząć?
   Ironia. Kocha mnie, ale tak w zasadzie nic o mnie nie wie. Miłość jest skomplikowana.
   - Hmmm… Od rodziców.
   - Okej…- przez chwilę się namyślał. - Mój ojciec był pijakiem. Nie rozumiem jak w ogóle taki element mógł mieć jakąkolwiek moc. Często bił matkę, a ona potem wylewała swój gniew na mnie. Biła mnie jego paskiem. Ciągle powtarzała, że jestem głupim dzieckiem i powinienem już w tym wieku mieć moc. Oczywiście miałem ją, ale nie mówiłem im o tym, bo bałem się, że będą zmuszać mnie do złych rzeczy. Nasz sąd najwyższy zabrał im moc, a potem odebrał prawa do opieki nade mną. Później trafiłem do wspaniałej rodziny. Wychowywałem się w niej przez osiem lat, aż ostatnio oznajmili, że chcą posługiwać się mocą dla własnej wygody, a nie usługiwać innym. Wyprowadzili się do Ameryki i więcej o nich nie słyszałem. A twoi rodzice?
   - Biologicznych nie znam-powiedziałam szybko. Był to dla mnie bardzo trudny temat.- Zginęli podczas ataków na szkołę przez ojca Marcina. Trafiłam do rodziny zastępczej, która teraz ma mnie głęboko w dupie. Zawsze narzekali na mnie.
   Nagle ktoś wszedł do pokoju z dwoma dużymi strzykawkami na srebrnej tacce.
    - Kto pierwszy?- zapytał.


sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 11

   Oczywiście po odejściu Kuby, Bianka i Filip też zniknęli. Naprawdę ich lubiłam. Zawsze mięli dobry humor i umieli pocieszyć w dołującej chwili.
    Napięcie w szkole z każdym dniem rosło, więc nowy dyrektor zorganizował rozluźniającą dyskotekę. Pani Bodine zginęła w pożarze. W zasadzie nie wiedziałam dlaczego nadal nas prześladują. Dyrektorka już nie żyje, a Marcin chciał jej zniszczyć życie. Czułam, że kryje się za tym coś więcej.
   Gosia i ja oczywiście nie miałyśmy partnerów, więc stwierdziłyśmy, że pójdziemy razem. Tomek zaprosił Ninę, a ta nie śmiała mu odmówić. Udawała, że on jest jej obojętny, ale jej oczy aż się świeciły.
   To będzie pierwsza moja impreza bez Kuby. Na samą myśl robiło mi się niedobrze. Dlaczego to musi aż tak boleć?
   - I jak?- zapytała mnie Gosia. Stała przede mną w pięknej jasnoniebieskiej sukience podkreślającej jej ciemne oczy. Pod piersiami miała zawiązaną niebieską wstążeczkę. Kiecka nie miała ramion i wyglądała prześlicznie. Długie brązowe włosy miała lekko podkręcone i zaczesane na bok.
   - Wyglądasz jak królewna. Przy tobie czuję się szaro…- powiedziałam. Co prawda nie byłam jeszcze ubrana, ale nie sądzę, żeby jakakolwiek sukienka przebiła jej kreację.
   - Jak się ubierzesz to wtedy pogadamy.
   Włożyłam na siebie szarą sukienkę w kolorowe kwiatki. Gosia zrobiła mi skomplikowanego, dobieranego warkocza, który był zapleciony falami na mojej głowie. Obie włożyłyśmy sobie ładne kolczyki i buty na szpilkach. W zasadzie nie wyglądałam aż tak źle.
   Gdy weszłyśmy do budynku impreza już trwała. Muzyka była taka głośna, że aż bolały mnie uszy. W tym huku słychać było typowe kawałki dyskotekowe. Oczywiście stanęłyśmy pod ścianą.
   Po chwili podszedł do nas jakiś chłopak i zaprosił Gosię do tańca, więc zostałam sama. Rozglądałam się po sali, aż mój wzrok spotkał Kubę. Kiwnął mi tylko ręką, że mam do niego podejść. Miał taką smutną minę. Moja ciekawość zwyciężyła i ruszyłam w jego stronę.
   - Możemy porozmawiać? Na dworze? - zapytał gdy stałam obok niego.
   Przez chwilę się zastanawiałam. Nie wiedziałam co mam myśleć. Ten wisiorek mówił, że nie mam mu ufać…
   - N… tak - odparłam po chwili wyszłam za nim na dwór.
   Gdy byliśmy parędziesiąt kroków od internatu powiedział:
   - Ale ty jesteś głupia… Nie sądziłem, że tak łatwo mi pójdzie.
   Nagle usłyszałam krzyki dobiegające ze szkoły. To była zasadzka. Ale dlaczego wyprowadził mnie z niej?
   Rzuciłam się w stronę szkoły. Chciałam im jakoś pomóc, ale Kuba złapał mnie i zakrył usta swoją dłonią.
   Wierzgałam się z całych sił. Usłyszałam uderzenie. Nagle puścił mnie i upadł na ziemię. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Lysandra stojącego z kamieniem w dłoni.
   Podeszłam do niego i chciałam go przytulić, ale usłyszałam dźwięk ładowanego pistoletu.
   - Nie tak prędko!- usłyszałam za plecami.
   Odwróciłam się do wroga, a Lys złapał moją dłoń swoją.
   Młody chłopak celował prosto w mojego przyjaciela. Lysander jednym szybkim ruchem dłoni sprawił, że wiatr zaczął szaleć. Chłopak niestety nie dał się nastraszyć i usłyszałam wystrzał. Lys z jękiem upadł na ziemię.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Drodzy czytelnicy!

Przepraszam was bardzo, ale nie mam weny!!! Moje głowa jest pusta! Mam nadzieję, że to tylko chwilowo!!!
W ramach tego organizuję KONKURS !!!
Temat:
Podaj w komentarzu swój pomysł na następny rozdział. Najlepszy pomysł wykorzystam.
Regulamin:
1. Pomysły podajcie w komentarzu tylko pod tym wpisem!
2. Każdy musi zagłosować (głosujesz odpowiadając na kogoś komentarz: głosuję)
3. Macie dowolną ilość głosów, ale nie można głosować dwa razy na jeden pomysł!
4. Nie można głosować na siebie!
5. W wypadku anonimowych komentarzy proszę się podpisać!
Zwycięzca pojawi się na tablicy z prawej strony jako najlepszy pomysłowicz i wierny czytelnik mojego bloga. W wypadku, gdy taka osoba też prowadzi własnego bloga, link do niego będzie znajdował się obok nazwy użytkownika.
Macie 3 dni na wymyślanie!
28.11.13 ogłaszam wyniki!!!!

Czas start!
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przypominam również, że mam drugiego bloga: 
http://zagrozenie-zuza-starr.blogspot.com/ 
Tam też niedługo pojawi się konkurs!
Zapraszam!

niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział 10

   Jak on mógł?! Chodziliśmy ze sobą trzy lata, a on tak mnie potraktował. Naprawdę go kochałam. Ryczałam i krzyczałam w niebo głosy zadając sobie pytanie: Dlaczego?
   Po wzięciu gorącego prysznicu wróciłam do całkiem pustego pokoju. Wydawał mi się szary, bez kolorów. Moje życie właśnie straciło sens. Teraz już nie byłam smutna. Wypełniała mnie wściekłość. Ogromna złość.
   Podeszłam do mojej szafki nocnej i jednym ruchem ręki zwaliłam wszystko co na niej stało. Znów zaczęłam ryczeć. Kopnęłam szafkę, a potem zrzuciłam wszystko ze wspólnego biurka. Dziewczyny pewnie będą złe, ale co mi tam. Musiałam się jakoś wyżyć.
   Gdy już wszystko leżało na ziemi usiadłam w kąt pokoju. Płakałam i płakałam zastanawiając się gdzie są moje przyjaciółki gdy ich potrzebuję. Uspokoiłam się trochę gdy straciłam wszystkie łzy. A może on planował to od dawna? Przecież dziwnie się zachowywał od dłuższego czasu. Sama nie wiedziałam co o tym myśleć.
   To, że chciał mnie zdradzić bolało mocniej niż to, że przeszedł na złą stronę.
   Oczy strasznie mi się kleiły, aż w końcu zasnęłam w tym kącie.

   Poczułam coraz mocniejsze klepanie po policzku.
   - Jagoda! -słyszałam.
   - Co jest?- zapytałam zbulwersowana tym, że dziewczyny mnie obudziły.
   - O boże! Jagoda! –Gosia miała szczęśliwą minę. Przytuliła mnie. - Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiłyśmy! Ktoś się włamał czy co?
   - Nie, to ja zrobiłam…
   - Czemu?- była zdziwiona.
   - W skrócie: Przyłapałam Kubę na zdradzie, potem chciał mnie udusić i przeszedł na stronę Marcina. Chyba planował to od dawna- powiedziałam ponuro.
   - Żartujesz tak? –zapytałam z dziwnym uśmiechem.
   Gdy wybuchłam płaczem mina od razu jej zrzedła. To jednak nie wyczerpałam banku łez.

   Tydzień później nadal byłam zawiedziona. Myślałam, że Kuba przyjdzie i powie, że zrobił tak tylko dlatego żeby uratować nam tyłki. Ale nie. Od tamtego zdarzenia nie widziałam go.
   Moje stosunki z Lysandrem były coraz lepsze. Zaprzyjaźniliśmy się. Cały czas za mną chodził i pocieszał mnie. Nie pytał też o nic. Pewnie już wszystko wiedział. Takie rzeczy szybko rozchodzą się po szkole.
   Właśnie chciałam wyrzucić kurtkę, którą miałam na sobie w czasie pożaru w dawnej szkole. Dlaczego tego jeszcze nie zrobiłam? Nie wiem. Nagle przypomniałam sobie o moim śnie. Coś mnie pokusiło, aby zajrzeć do tej kieszeni. Włożyłam do niej rękę i poczułam zimny kryształ. Wyjęłam wisior i przyjrzałam się mu.
   Był dokładnie taki sam jak we śnie. Stwierdziłam, że jest lodowaty i chciałam go trochę ogrzać. Zacisnęłam pięść ze znajdującym się w środku serduszkiem i zamknęłam oczy.
   Przez moją głowę przeszedł niewyobrażalny ból. Chciałam wyrzucić wisior z ręki, ale nie mogłam. Zdrętwiała i nie mogłam jej ruszyć. Nie mogłam też otworzyć oczu.
   - Przyjdzie do ciebie… -słyszałam kobiecy głos w mojej głowie – Kuba… przyjdzie… -głos był coraz bardziej stanowczy, dudnił w mojej głowie coraz głośniej – nie ufaj mu… oszuka cię… nie ufaj…
   Nagle wisior wyleciał mi z rąk. Byłam przerażona, nie mogłam złapać oddechu.
   No tak. Już nic mnie nie zdziwi.
   Oczywiście podniosłam wisior i szybko włożyłam go do kieszeni spodni. Wyrzuciłam kurtkę i wyszłam na dwór.
   Do moich płuc dostało się świeże, oczyszczające powietrze. Oddychałam głęboko.
   - Hej!- usłyszałam za plecami. Tak się wystraszyłam, że aż podskoczyłam.
   - Lys! Wystraszyłeś mnie!
   - I oto chodzi, Fay.
   Fay to moje nowe imię. Stwierdziłam, że je zmienię. Mojego nienawidziłam. Zrobiłam to aby zmienić coś w moim życiu. Od dzieciństwa imię Fay mi się podobało.
   - Muszę ci coś pokazać- wyjęłam serduszko z kieszeni. –Wiesz co to jest?
   - Tak, to kamień proroczy. Czasami ukazuje obrazy, a czasami słyszysz tylko głosy. Skąd go masz?
   - Znalazłam go w kurtce.
   Wziął go do ręki.
   - Skąd będę wiedziała kiedy go użyć?
   - Tak po prostu, będziesz wiedziała –uśmiechnął się do mnie. –Muszę spadać. Widzimy się wieczorem.

   Uśmiechnęłam się sama do siebie i włożyłam naszyjnik do kieszeni.

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 9

  Na szczęście wszyscy moi przyjaciele byli cali. Dlaczego ja zawsze muszę się w coś wpakować?
   Ta szkoła była dwa razy większa od naszej. Niestety, ale uczniowie mieszkali w internacie. Wcześniej miałam swój własny domek, a teraz musiałam się cisnąć z przyjaciółkami w jednym pokoju. Tutaj też odwołali zajęcia na rzecz ćwiczeń sprawnościowych. Przez cały tydzień mieliśmy spokój z atakami. Widocznie wróg przestraszył się ilości uczniów. Wszyscy bez wyjątków mieli tu moce. Lecz to nie był powód do cieszenia.
   Gosia mówiła mi, że Marcin przekabacił na swoją stronę kilkanaście ludzi, a to znaczyło, że mamy coraz mniejsze szanse na wygraną.
   Dowiedziałam się też co nieco o mojej mocy. Okazało się, że mam tylko jedną moc. Pod wpływem presji wysysam energię z otoczenia. Wtedy, gdy się topiłam wyssałam energię z otaczającego mnie lodu, dlatego teraz mogłam nim władać. Dlaczego mam więc też ogień? Tego nie wiem. Wiem również, że mogę zapanować nad moją mocą i wtedy będę mogła wysysać energię kiedy chcę.
   - Panno Owen! Albo pani ruszy tyłek, albo zginie pani w starciu ze zmiennokształtnym! –Nowy nauczyciel walki był spasłym świniakiem z wrednym charakterem.
   Chciałam mu powiedzieć co o nim myślę, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. O wiele bardziej lubiłam Natalię. Nauczyła mnie naprawdę wielu rzeczy nie krzycząc przy tym.
   Wstałam z podłogi i zaczęłam ćwiczyć panowanie nad ogniem.
   Po ćwiczeniach postanowiłam zajrzeć do Kuby. Ostatnio coraz mniej się widywaliśmy. Zapukałam, ale nikt nie otworzył. Wiedziałam, że jest w środku, ponieważ drzwi były otworzone, a zawsze gdy wychodził kluczył je. Weszłam więc do środka.
   To co tam zobaczyłam złamało mi serce.
   Kuba z jakąś suką leżał na łóżku całując ją przy tym namiętnie. Byli w samej bieliźnie i gdybym weszła parę minut później zastałabym ich nagich.
   Bez słowa wyszłam z jego pokoju. Biegłam ze łzami w oczach po schodach i prawie się wywaliłam. Wybiegłam na dwór i dopadł mnie letni deszczyk.
   Nie byłam zbyt szybka, więc Kuba z łatwością mnie dogonił zakładając w drodze spodnie. Złapał mnie za nadgarstki i przycisną do ściany internatu.
   - Jagoda, ja cię kocham! – krzyknął.
   - Gdyby to była prawda nie zdradziłbyś mnie! – powiedziałam zachrypłym głosem.
   - Przecież się z nią nie przespałem.
   - Ale chciałeś! Przyrzekaliśmy sobie wierność! Nie pamiętasz? –byłam coraz bardziej bezsilna. Emocje powoli przygotowywały się do wybuchu. –Twoje słowo nie jest nic warte! Z nami koniec.
   Próbował mnie pocałować, ale moje emocje wybuchły. Wyrwałam ręce z jego ucisku, skierowałam je na tors.
   Nie, nie odepchnęłam go ogniem czy lodem. To był wiatr. Musiałam wyssać jego energię, gdy spadałam.
   - To teraz tak będziesz ze mną grać? – szybko się podniósł, podbiegł do mnie. Złapał mnie dwoma rękami za szyję i zaczął dusić. –Masz rację, nie kocham cię! Brzydzę się tobą!
   - Zostaw ją! – usłyszałam głos. - Nie możesz jej zabić. Jeszcze mi się przyda.
   Kuba puścił moją szyję, a ja wreszcie mogłam głęboko odetchnąć.
   - Kazałem ci tylko nie stracić jej zaufania, ale ty kurwa nawet tego nie potrafisz zrobić! – zmiennokształtny był wściekły.
   Kuba zacisnął zęby. Odchodząc z Marcinem nawet się nie obrócił.

Uwaga!
Prowadzę również innego bloga i zastanawiam się czy nie stworzyć jeszcze jednego.
Link do bloga będzie z prawej strony nad zakładką "strony"
Rozdziały tam są trochę długie, ale myślę, że wam się spodobają!
W obu blogach mam zakładkę "Bohaterzy" więc jeśli kogoś ciekawi jak ich sobie wyobrażam to zapraszam!
Jeśli chcielibyście coś zmienić w bohaterach to piszcie śmiało!
Założyłam również społeczność. 
https://plus.google.com/communities/103580694522781638622
Dołączcie!
PS. Następny rozdział powstaje dzięki waszym komentarzom! 

piątek, 22 listopada 2013

Rozdział 8

Sny…
Są odzwierciedleniem duszy…
Ukazują nasze pragnienia,
Ale także cierpienia.
Są również lustrem naszych myśli.
Czasami, gdy tego bardzo chcemy
Mogą być też magią…

   Dlaczego tu tak zimno?
   Objęłam się ramionami i mocniej obtuliłam kurtką.
   Pomieszczenie było ogromne. Ściany były z szarego betonu tak samo jak podłoga. Sufit podpierały wielkie rzeźbione kolumny. Pokój był pusty. Nie było nigdzie drzwi, co mnie zdenerwowało. Podbiegłam do jednego z okien i wyjrzałam przez nie. Pustka. Nic tam nie ma. Widzę tylko kolor nieba rozpływający się po drugiej stronie ściany.
   Odwróciłam się i zauważyłam lustro. Podeszłam bliżej i zbadałam je wzrokiem. Przyglądałam się mojemu odbiciu.Moje blond włosy były prawie czarne od smoły. Na kurtce widniały dziury wypalone szyderczymi mackami ognia. „Powiedzieliby, że jestem murzynką”- pomyślałam.
   Nagle moje odbicie uśmiechnęło się pomimo tego, że ja tak nie zrobiłam. Coś było nie tak. Dziewczyna z lustra włożyła rękę do kieszeni kurtki i wyjęła z niej przepiękny wisior w kształcie serduszka. Wisiał on na długim łańcuszku. Serce zrobione było z białego kryształu, który pięknie się mienił. Włożyła go powrotem do kieszeni i nagle spochmurniała.
   Zza jaj pleców wydobywały się kłęby ciemności. Błądziły niczym macki po jej ciele. Doszły do głowy i wykręciły jej kark. Słyszałam dźwięk łamanych kości. Ciało bezwładnie upadło na podłogę, a mnie oblała fala przerażenia.
***
   - Drugi raz uratowałem twojej dziewczynie życie, więc należałoby mi się więcej szacunku –usłyszałam głos Lysa.
   - I tak cię nie lubię- odpowiedział na to Kuba.
   Otworzyłam zaspane oczy pocierając je przy tym ręką.
   - Gdzie jesteśmy?- zapytałam.
   Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moje głowa leży na kolanach Kuby, a nogi na kolanach Lysa. Kuba podłożył mi wcześniej poduszkę pod głowę, więc nic nie czułam.
   - Jedziemy autobusem do drugiej szkoły –Lys uśmiechnął się do mnie.
   Chyba miał rację. Siedzieliśmy na tyłach starego autobusu. Usiadłam na wolnym miejscu pomiędzy chłopcami i zapytałam:
   - Czy ktoś zginął? –teraz tylko to mnie interesowało.
   - Połowa uczni. 

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 7

Napisałam wiersz, ale czytacie go na własną odpowiedzialność!
Jeśli ktoś się odważy to niech napisze czy mu się podoba.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ogień.
Najpiękniejsza rzecz na świecie,
Ale zarazem najniebezpieczniejsza.
Mały płomyk cieszy oko,
Ale duży wzbudza przerażenie.
Potrafi też ocalić życie,
Ale także je odebrać.
***
   Zbudziłam się z uczuciem wielkiego przerażenia. Otarłam twarz dłońmi i wzięłam oczyszczający oddech. I wtedy poczułam. Ogień! Wyczuwałam go. Podeszłam do okna i odsłoniłam zasłony. Cała szkoła się pali! Zacisnęłam zęby i zdałam sobie sprawę, że to nie jest gra wyobraźni. Obudziłam Gośkę i Ninę. Narzuciłyśmy na siebie kurtki i wybiegłyśmy na dwór.
   Ściany budynki lizały ogromne macki ognia. Płomienie coraz szybciej rozprzestrzeniały się, aż w końcu las stanął w ogniu.
   Bez zastanowienia podbiegłam bliżej lasu i próbowałam opanować mój żywioł. Niestety, ogień był zbyt duży i nie dawałam rady. W oddali zauważyłam jak Tomek próbuje zagasić płomienie otaczające szkołę , a Bianka przywołuje deszcz. Widziałam również, że uczniowie z zachodniej części kraju też używają swoich mocy.
   - Drzewa płaczą! –krzyczała Gosia. –One giną!
   To było niesamowite, że miała taką więź z roślinnością.
   Próbowałam też tworzyć lód na pniach drzew, ale przy takiej temperaturze szybko się topił i prawie nic to nie dało.
   Nagle ktoś złapał mnie od tyłu w pasie i przyłożył rękę do ust. Wierzgałam się z całych sił. Próbowałam kopać i ugryźć  napastnika w rękę, ale on nie reagował na to.
   Poczułam znane już mi szpony orła w pasie i już szybowałam wraz z nim nad płomieniami. Widziałam z góry jak dach szkoły się zawalił. Nagle poczułam, że spadamy w dół. Przelecieliśmy przez ogromną dziurę w dachu i znaleźliśmy się w środku. Położył mnie na ziemi, przybrał  z powrotem ludzką postać i powiedział:
   - Tym razem nie pójdzie ci tak łatwo! Spalę cię żywcem! Będę się śmiał, gdy tu będziesz krzyczeć z bólu. Pokonam cię twoją własną bronią! – Po chwili namysłu dodał- albo polecę jeszcze zabić innych. I tak nie masz szans na przeżycie, jesteśmy na ostatnim piętrze, a budynek stoi w płomieniach. Przynajmniej będę miał radochę z krzywdy innych- powiedział po czym zmienił się w orła i odleciał przez wielką wyrwę w dachu.
   Nie poddam się tak łatwo. Wstałam i pobiegłam przez korytarz. Najmocniej paliło się właśnie tu. Uniosłam rękę, by osłonić twarz przed żarem, gdy ogłuszyła mnie eksplozja szyb i w powietrze wleciały okruszki szkła. Poprzez kłęby dymu zobaczyłam drzwi, które prowadziły na klatkę schodową.
   - Ratunku! –wołałam, kaszląc i usiłując zobaczyć czy droga do schodów jest bezpieczna.
   Panował tu niewyobrażalny żar. Oddychało się jak wrzątkiem, ponieważ dym był bardzo gęsty. Okryłam się szczelniej kurtką, jakbym miała nadzieję, że to coś pomoże. Płomienie szalały wokół i w każdej chwili moje okrycie mogło się zająć, a ja razem z nim.
   Biegłam do drzwi, gdy poczułam, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Spadłam z drugiego pietra na pierwsze. Widocznie podłoga nie była mocna, a jeszcze mój ciężar przyczynił się do skruszenia podłoża. W zasadzie nic mi się nie stało. Ogarnął mnie zabójczy kaszel. Krztusiłam się tak mocno, że nie mogłam nawet wstać. Ostatnie co widziałam to czarne buty zbliżające się do mnie.

Rozdział 6

   Nieźle dostaliśmy za ten wypad do lasu. Dyrektorka chyba pół godziny się darła, a potem wzięła tabletki na bolące gardło. Mimo moich licznych ran od szponów zmiennokształtnego i gałęzi drzew pani Bodine nic nie zrobiła. Nawet nie przejmowała się, że mogłam zginąć gdyby nie ten chłopak. Gośka sprawdziła czy nic mi nie jest i razem z Tomkiem opatrzyli moje zadrapania.
   Gosia i Nina uparły się, że dziś będą nocować u mnie. Nie dopuszczały do wiadomości żadnych sprzeciwów, po prostu włączył im się tryb opiekunki.
   Gdy szłyśmy do mojego małego mieszkanka zauważyłam chłopaka, który uratował mi życie. Opierał się o pień spróchniałego drzewa i spoglądał na mnie co chwilę.
   Dziewczyny weszły do mojego domku, ponieważ powiedziałam im, że chciałabym z nim porozmawiać. Podeszłam bliżej i zauważyłam, że w świetle księżyca był jeszcze przystojniejszy.
   - Jeszcze nie podziękowałam ci za uratowanie mi życia- czułam się trochę nieswoja, dlatego że badał mnie od stóp do głów swoim wzrokiem.- Więc… dzięki.
   - Nie ma za co- lekko się uśmiechnął. Teraz głęboko patrzył mi w oczy.
   - Pierwszy raz cię tu widzę. Chyba nie chodzisz do naszej szkoły?
   - Nie dopiero co tu przybyłem z zachodniej budy.
   - Myślałam, że wasze dotarcie do tego odludzia zajmie więcej czasu… Jeszcze raz ci bardzo dziękuję,…
   -Jestem Lysander, ale mów do mnie Lys.
   - A ja Jagoda. Miło mi cie poznać. Pochodzisz z Polski? Masz zagraniczne imię, prawda?
   - Tak, ale w naszej budzie mogliśmy wybrać sobie imię, a to mi się spodobało.
   - Tak, jest ładne.
   - Twoje też.
   - Nienawidzę go… w ogóle do mnie nie pasuje…
   Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym poszłam do domku i urządziliśmy sobie nocne pogaduchy. Z moich głębszych ran pozostały tylko lekkie zadrapania, już prawie mnie nie bolały. Całą noc myślałam o Lysie. Nie mogłam go wyrzucić z głowy. Te jego księżycowe oczy…
   „Jagoda –myślałam –przecież ty masz już chłopaka”

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 5

   Śmierć.
   Niektórzy już ją poznali. Tak jak ja.
   Gdy miałam czternaście lat poszłam sama do lasu. Nie pamiętam po co, wiem tylko, że była wtedy zima. Gonił mnie jakiś psychol. Wpadłam do rzeki, a on za mną. Było tam płytko, więc gdyby nie ten lód biegłabym swobodnie. Nie miałam czasu na użycie ognia. Złapał mnie za szyję i zanurzył moją głowę w wodzie. Nie mogłam się bronić. Po prostu spanikowałam i zapominałam jak użyć mojej mocy. Dusił mnie, jednocześnie topiąc mój organizm. Lodowata woda naleciała mi do płuc. Nie można opisać tego uczucia. To zbyt straszne żeby to opisywać. Pamiętam, że obudziłam się plując wodą obok Kuby. Uratował mnie. Od tej pory byliśmy razem.
   Tak jak każdy miałam tylko jedną moc - ogień. Po tym jak ktoś prawie mnie utopił moje oczy zmieniły kolor i okazało się, że zdobyłam drugą moc - lód. Od tej pory moje życie całkiem się zmieniło.
   Przez te kilka sekund, gdy spadałam, stwierdziłam, że tamta śmierć byłaby lepsza. Nie wiem dlaczego, ale tak sądziłam. Byłam pewna, że to już koniec.
   Haczyłam o gałęzie drzew. Wydawały się ostrzejsze niż różnego rodzaju noże. Myślałam, że może trochę spowolnię i uda mi się przeżyć ten upadek, ale nie. Wiedziałam, że jak z taką siłą uderzę w twardą ziemię, to…
   Położyłam dłonie na twarzy i skuliłam się. Z mojego gardła wydobył się rozdzierający krzyk. Pierwszy raz w życiu tak głośno krzyknęłam. Miałam wrażenie, że słyszy mnie cała planeta.
   Poczułam uderzenie w barkach i pod kolanami.
   Ktoś mnie złapał. Ugiął kolana pod naciskiem siły mojego ciała i oboje opadliśmy na ziemię.
   Nie wiedziałam co się dzieje. Dopiero po chwili ta wiadomość dotarła do mojego mózgu i zdałam sobie sprawę, że ryczę ze szczęścia jak małe dziecko.
   Powoli otworzyłam oczy. Najpierw myślałam, że to Kuba, ale obraz się wyostrzył i zobaczyłam, że nade mną pochyla się szarooki brunet. Miał czarną, rozpiętą bluzę z kapturem na głowie.
   Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Jego wyglądały jak księżyc w pełni, za którym były ukryte drzwi tajemnic. Po prostu nie mogłam oderwać od nich oczu.
   - Ty skurw*synie! - usłyszałam głos Kuby. – Zabiję cię gnoju!
   Chłopak podniósł się z ziemi, a ja zauważyłam, że Kuba rzucił się na niego.
   - Jeśli jeszcze raz będziesz się dobierał do jakiejkolwiek dziewczyny to ci nogi z dupy powyrywam!- Kuba dawał chłopakowi co chwilę ciosy w brzuch, ale ten tylko się bronił.
   Wstałam z ziemi i odepchnęłam mojego chłopaka od niego.
   - Co ty do cholery wyprawiasz?! - krzyknęłam.
   - Gdyby nie ja ten zboczeniec by cię zgwałcił! Przecież dobierał się do ciebie! Słyszałem jak krzyczysz, a on pochylał się nad tobą! – Jego blond grzywka opadała mu na oczy. Był wściekły, chociaż miałam wrażenie, że udaje.
   - Nie! On mi uratował życie! Gdyby nie on już leżała bym martwa!
   Było widać, że uspokoił się, ale nadal złowieszczo patrzył na chłopaka stojącego za mną.
   - Musimy iść im pomóc –stwierdziłam –Nina sobie nie poradzi…
   - Nie, Marcin uciekł. Miałaś rację, bał się, że polegnie. Nikt nie odniósł poważnych ran. Wszyscy są cali.