wtorek, 12 listopada 2013

Rozdział 4

   Było super. Bawiliśmy się świetnie, a przy tym ćwiczyliśmy nasze moce. Dobrze, że Tomek był w pobliżu, bo spaliłabym cały las. Ostatnio byłam taka roztargniona. Miałam tysiąc myśli na raz, z czego cztery miały sens. Próbowałam martwić się o wszystkich, ale tak się nie da.
   - Kuba, możemy porozmawiać? –zapytałam.
   - No jasne, moja Jagódko – ostatnio cały czas tak do mnie mówił. Naprawdę zachowywał się dziwacznie, tym bardziej, że też nie lubił, jak ktoś tak do mnie mówił.
   - Słuchaj…- niby jak ja miałam mu powiedzieć to co myślę? Chyba dostanę migreny… - Ostatnio zachowujesz  się dziwnie… Może chcesz porozmawiać o ostatnich wakacjach?
   - Wiesz co… Nie obraź się, ale muszę trochę jeszcze poćwiczyć.
   - Kuba…
   Oddalił się ode mnie i próbował ożywić latarkę, którą znalazł w swoim plecaku. Jak ja mam do niego dotrzeć? Nagle wyjął telefon i zadzwonił do kogoś.
   Usiadłam na czystej trawie i oparłam się o drzewo. ZAŁAMKA! Westchnęłam i myślałam o nim. Potem wstałam i ćwiczyłam dalej.
   Gosia nauczyła się władać nad większymi roślinami niż kwiaty.
   Gdy już zbieraliśmy się by iść do szkoły usłyszałam znajomy mi głos:
   - Może poćwiczycie jeszcze z nami? – zmiennokształtny uśmiechał się szyderczo. Za nim stało jeszcze dwóch chłopaków.
   - Jest nas więcej –odparłam z zaciśniętymi zębami – przegrasz.
   - Nie byłbym tego taki pewny –pstryknął palcami i chłopak obok zaczął się trząść, a potem jego głowa i reszta ciała rozdzieliła się na pół. Drugi chłopak zrobił tak samo. Teraz było ich pięciu.
   Marcin zmienił się w wielkiego goryla i zanim zauważyłam zaczął nas atakować, a za nim pozostali.
   Zaczęła się bitwa. Oczywiście pierwszy do walki wyrwał się Tomek. Nie wiedział jakie to może być niebezpieczeństwo. Wyciągnął przed siebie ręce i pojawiła się woda, która z wielką siłą uderzyła złych. Gosia i Nina współpracowały, a Kuba ożywiał różne rzeczy ze swojego plecaka. Bianka i Filip wywołali burzę z piorunami, a David wziął do ręki kij i teleportował się i z zaskoczenia atakował przeciwników. Zmiennokształtny oczywiście zbliżał się do mnie. Wycelowałam w niego ręką i wystrzeliłam ostre pociski z lodu.
   Odbił je pięścią, podbiegł bliżej i złapał mnie w pasie. Zmienił się w ogromnego orła i już trzymał mnie w swoich wielkich szponach. Czułam jak jego pazury wbijają mi się w skórę. Unosiliśmy się w powietrzu.
   - Następnym razem nie przyjdziecie do lasu! - dudniło w mojej głowie. Czułam, że mózg mi zaraz eksploduje.
   Nagle puścił mnie i leciałam prosto na twarde gałęzie drzew.

1 komentarz: