wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 13

   Jeśli czytacie to dołączcie do obserwatorów!
---------------------->

   Lysander powiedział mi, że ta żółta maź w strzykawkach ma zablokować nasze moce. Dostajemy małą dawkę raz dziennie.
   Od czasu gdy Lys uratował mi życie i zdobyłam moc wiatru, moje oczy zaczęły zmieniać kolor. Na początku było to niedostrzegalne, ale teraz były już prawie całe zielone. Tak jak na początku. Zanim zdobyłam moc lodu.
   Lys opowiadał mi, że po tym jak jego rodzice wyjechali do Ameryki chciał zacząć życie od nowa. Zostawić przeszłość w zapomnieniu. Zrobił więc sobie tatuaż. Mówił, że czuł jakby odrodził się na nowo. Pierwszy raz od tego czasu wspomniał o swojej przeszłości. Więcej nie chciał mówić o swoim dzieciństwie.
   Strasznie lubi zwierzęta, a szczególnie psy. Kocha muzykę i przyrodę. Myślałam, że takich chłopców już nie ma, a tu proszę.
   - Chyba wiem jak się stąd wydostać- powiedział pod koniec dnia.
   - Mów - odparłam szybko.
   - Zawsze dostajemy zastrzyk w to samo miejsce. W prawy nadgarstek. A gdybym przewiązał nam kawałkiem materiału ramię? Co prawda nie mielibyśmy czucia w prawej ręce, ale trucizna nie dostałaby się do serca i może drugą ręką moglibyśmy władać mocą? Wtedy ucieklibyśmy. Wiem, że to trochę dziwne, ale nic innego nie mamy…
   - Ale jeśli w ręce nie będzie dopływu krwi to możemy ją stracić.
   - Tak, ale jak już uciekniemy to możemy odwiązać ten materiał i z ręką będzie wszystko okej.
   - No ale wtedy trucizna dostanie się do serca i znów nie będziemy  mieli mocy… A co jeśli nas zaatakują?
   - Tak, wiem, że jest jakieś ryzyko, ale nie możemy tak bezczynnie siedzieć… -patrzył na mnie tym swoim przekonującym wzrokiem.
   - Dobra… Zawsze możemy spróbować…- ten plan był nierealny, ale innego nie mieliśmy.
   Na drugi dzień zrobiliśmy tak jak mówił. Powoli traciłam czucie w ręce, Lys chyba tak samo, ale nadal nie miałam mocy. Potem dali nam zastrzyki. Nie sądzę, aby ten plan się powiódł. Po jakimś czasie, gdy nie czułam już ręki, spojrzałam na lewą dłoń i skupiłam się na niej. Z niedowierzaniem zobaczyłam, że wydobywa się z niej płomień. Lys miał rację. Podszedł do drzwi i wyważył je siłą wiatru. Włączył się alarm. Był tak głośny, że bębenki mi wysadzało. Jeszcze to czerwone światło, które pulsowało nie wiadomo skąd. Typowe! Nie mogli wymyślić nic lepszego?
   Wybiegliśmy z naszego „pokoju” i ruszyliśmy wzdłuż korytarza. Wyciągnęłam za siebie lewą rękę i podpalałam podłogę za nami. Nie chciałam, aby ktoś nas gonił. Lysander swoją ręką odpychał wszystkich strażników. Przeważnie mdleli oni od upadków albo urazów. Wbiegliśmy na schody, które pięły się w górę. Były nieskończenie długie. Gdy otworzyliśmy drzwi znaleźliśmy się na dworze. Oślepiło nas światło.
   Już wiem dlaczego w tamtym pomieszczeniu nie było okien. Najpierw myślałam, że to zabezpieczenie, ale my po prostu byliśmy pod ziemią.
   Staliśmy teraz na pustkowiu. W oddali było widać jakieś domy, ale nic poza tym.
   Usłyszałam dźwięk ładowanego pistoletu, a chwilę później głos:
   - Wiedziałem, że uciekniesz - mówił spokojnie, celował w Lysa.- Ale będę taki dobry i pozwolę ci wybrać. Albo pójdziesz ze mną i nie będziesz się rzucać, albo strzelę w twojego nowego przyjaciela i po prostu cię porwę. Wybieraj.
   - Opuść ten pistolet albo Cię zabiję! - powiedziałam to z zimną krwią, ale on nie zwracał na to uwagi.
   - Ty? Mnie? Nie sadzę… Dobry pomysł z tą ręką- kiwną głową na materiał zawiązany wokół mojego ramienia. Wcześniej był zakryty, ale teraz rękaw od bluzki mi się zsunął i odkrył cały materiał.- Przejdziesz na złą stronę mocy czy pozwolisz abym zabił twojego kochasia?
   - A jeśli… pójdę z tobą to puścisz go wolno? - zapytałam. Nie wiedziałam co mam myśleć.
   - Oczywiście!
   Spojrzałam na chłopaka, a potem na Lysa. Przyjaciel zrobił przestraszoną minę i zaczął kiwać przecząco głową.
   - Nie- powiedział- nie pozwolę Ci!
   - Nie masz nic do gadania…- odparłam smutno i ruszyłam powoli w stronę złego.
   Z budynku wybiegło dwóch chłopaków, ale gdy nas zobaczyli oparli się o ścianę i nawet nie pisnęli słówka.
   Zły złapał mnie za prawy nadgarstek i prowadził w stronę drzwi wejściowych.
   - Możesz iść - powiedział do Lysa nawet na niego nie patrząc. Gdy wchodziliśmy do budowli kiwnął do chłopaków stojących pod ścianą.Teraz byliśmy w środku.
   Dopiero po chwili załapałam co to znaczyło. Rozkazał im zabić Lysandra. 
   - Nie! - krzyknęłam i zaczęłam się szarpać. Staliśmy na szczycie schodów, a chłopak poślizgnął się, więc spadliśmy z nich. Szarpałam się dalej próbując uwolnić się z ucisku złego. Prawą ręką wytworzyłam wielki sopel lodu i wbiłam go w pierś Kuby.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem. Ten rozdział powinien pojawić się trochę później, ale nie mogłam już go dłużej przetrzymywać. Następny pojawi się, gdy będzie 8 komentarzy pod tym postem!
Komentujcie!
Wszystkim czytelnikom życzę wesołych świąt i bogatego mikołaja!

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 12

   - Lys! - krzyknęłam i klęknęłam obok niego.
   Leżał nieruchomo na ziemi i trzymał się za brzuch. Zauważyłam, że jego ręka jest cała czerwona. Ze szpar pomiędzy jego palcami wydobywała się gęsta, gorąca krew.
   - Odsuń się od niego, bo dostanie następną kulkę! I tym razem w łeb! - powiedział chłopak trzymający w ręku mały pistolet.
   Powoli odsunęłam się od rannego. Poczułam jak z moich policzków kapią niechciane łzy. Pokazywałam swoją słabość, a tego najbardziej się bałam. Znali już moją słabą stronę.
   Ktoś złapał mnie w pasie i nim zdążyłam zareagować wbił mi małą strzykawkę w ramie. Zobaczyłam, że znajdował się w niej jakiś żółty płyn, który teraz pływał razem z krwią w moim ciele.
   Szarpałam się przez chwilę, po czym moje ciało zdrętwiało i nogi ugięły się pode mną. Gdyby nie ten koleś ze strzykawką, dawno leżałabym na ziemi. Wziął mnie na ręce i ruszył w stronę czarnego samochodu stojącego pod drzewami, którego wcześniej nie zauważyłam.
   Chłopak z pistoletem schował go do tylnej kieszeni i przerzucił przez ramię krwawiącego Lysandra. Ranny tylko zacisnął zęby.
   Wrzucili nas jak psy do tego auta. Mój przyjaciel za chwilę pewnie umrze, a ja nie mogłam nawet się do niego przytulić nie mówiąc już o pomocy.
   Czasami jednak warto kierować się rozumem, a nie sercem. Dlaczego ja byłam taka głupia?! Przecież mogłam domyślić się co Kuba planuje, tym bardziej, że kamień proroczy mnie ostrzegał, abym mu nie ufała! Czasami dziwię się własnej głupocie.
   Teraz rozpłakałam się na dobre. Czułam jak z moich oczu runął wodospad słonych łez.
   - Przepraszam…- szepnęłam.
   - Za co?- zapytał ochrypłym głosem Lys.
   - Ten wisiorek ostrzegał mnie, że Kuba coś knuje i mam mu nie ufać… Ale ja i tak zaufałam. Chciałam wierzyć, że on przyszedł po to by… Sama nie wiem po co…
   - Nie przejmuj się. Takie było nasze przeznaczenie -odparł tylko.
   Podróż była długa i mozolna. Gdy dojechaliśmy na miejsce założyli nam worki na głowy i wnieśli do małego pokoiku. Nie wiem czy można nazwać to pokojem. Ściany były całe szare, tak samo jak podłoga. W rogu stało jedno wąskie łóżko, na którym leżały jakieś koce. Oprócz tego nic tam nie było.
   Nadal nie mogłam się ruszać. Położyli mnie na tym małym łóżku, a Lysandra posadzili w rogu pomieszczenia.
   Samotnie, tak aby Lys nie zobaczył, zaczęłam gorzko płakać. Łzy leciały za mnie jak deszcz z burzowych chmur. Wypełniały mnie smutek oraz gniew. Smutek był jak sztylet przeszywający moje serce, a ciemne macki gniewu całkowicie je oblepiły, aby zmienić e twardy kamień.
   Lys siedział spokojnie z zamkniętymi oczami, ciężko dysząc przy tym.
   Moje ciało lekko się trzęsło, choć wciąż byłam sparaliżowana.
   W końcu moje serce i oddech zwolniły. Uspokoiłam się trochę i wreszcie zasnęłam.

   Gdy się obudziłam leżałam w objęciach Lysandra. Jego rana była opatrzona i starannie zaklejona dużym bandażem.
Badałam czułym wzrokiem jego naga klatkę piersiową. Pierwszy raz widziałam go bez bluzki. Po boku jego wspaniałego, opalonego torsu wiły się czarne tatuaże.
   Lekko przesunęłam rękę w jego stronę i opuszkami zimnych palców musnęłam lekko jego ciało. Paraliż widocznie już ustąpił.
   Drgną i sennie otworzył oczy. Pewnie spał, a ja go obudziłam. Znów chciało mi się płakać. Jak ja mogłam go w to wszystko wciągnąć? Lepiej byłoby, gdybym w ogóle go nie poznała. Nie cierpiałby teraz i byłby bezpieczny. Czułam się winna.
   Patrząc mi czule w oczy lekko się uśmiechnął.
   Spojrzałam na drzwi i zaczęłam się zastanawiać jak można stąd uciec. Przecież mogę użyć swojej mocy! Dlaczego szybciej na to nie wpadłam?!
   Zerwałam się z łóżka i stanęłam w małej odległości od drzwi. Skierowałam lewą rękę w ich stronę. Zaraz wysadzę te drzwi strumieniem ognia!
   Ale nic się nie stało. Wydobyły się z niej tylko małe iskierki. Tak samo było z drugą ręką.
   - Podali nam coś. Nasze moce są zablokowane-powiedział mój przyjaciel- ale nie na długo.
   Usiadłam z powrotem na łóżko wściekła i zrezygnowana.
   - Przepraszam, że Cię w to wpakowałam-odparłam smutno.
   - Sam chciałem ci pomóc. Nie masz prawa czuć się winna.
   - Wiem, ale nie umiem się tak nie czuć.
   - Chodź tu- pokazał mi ręką, że chce mnie przytulić.
   Położyłam się na łóżku, a on przygarnął mnie do siebie.
   - Jesteś moim przyjacielem i nie chcę żebyś zginął.
   - Chcę być dla ciebie kimś więcej niż tylko przyjacielem i chcę umrzeć razem z tobą.
   Te słowa całkowicie mnie zamurowały. Spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich miłość i pożądanie. Jednak nie próbował mnie pocałować. Nie narzucał się. Wiedział, że może to być dla mnie trudne. Spuściłam wzrok. Jego oddech był szybki, tak jak mój. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Serce biło mi niewyobrażalnie szybko. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam nawet o niczym myśleć...
   - Opowiedz mi o sobie- wyrwało mi się.- Znamy się około dwa tygodnie, a ja dopiero wczoraj dowiedziałam się, że władasz nad wiatrem.
   - Dobra, ale ty opowiesz o sobie. To od czego mam zacząć?
   Ironia. Kocha mnie, ale tak w zasadzie nic o mnie nie wie. Miłość jest skomplikowana.
   - Hmmm… Od rodziców.
   - Okej…- przez chwilę się namyślał. - Mój ojciec był pijakiem. Nie rozumiem jak w ogóle taki element mógł mieć jakąkolwiek moc. Często bił matkę, a ona potem wylewała swój gniew na mnie. Biła mnie jego paskiem. Ciągle powtarzała, że jestem głupim dzieckiem i powinienem już w tym wieku mieć moc. Oczywiście miałem ją, ale nie mówiłem im o tym, bo bałem się, że będą zmuszać mnie do złych rzeczy. Nasz sąd najwyższy zabrał im moc, a potem odebrał prawa do opieki nade mną. Później trafiłem do wspaniałej rodziny. Wychowywałem się w niej przez osiem lat, aż ostatnio oznajmili, że chcą posługiwać się mocą dla własnej wygody, a nie usługiwać innym. Wyprowadzili się do Ameryki i więcej o nich nie słyszałem. A twoi rodzice?
   - Biologicznych nie znam-powiedziałam szybko. Był to dla mnie bardzo trudny temat.- Zginęli podczas ataków na szkołę przez ojca Marcina. Trafiłam do rodziny zastępczej, która teraz ma mnie głęboko w dupie. Zawsze narzekali na mnie.
   Nagle ktoś wszedł do pokoju z dwoma dużymi strzykawkami na srebrnej tacce.
    - Kto pierwszy?- zapytał.