środa, 22 stycznia 2014

Rozdział 16

   - Albo oddasz mi tę słodką parkę po dobroci, albo twoja wataha przestanie istnieć – powiedział ze słodkim uśmieszkiem. Wiedziałam, że mówi prawdę. – Wybieraj. Ash, przecież możesz uratować jeszcze swoje wilczki. Wiesz, że nie zrobiłbym wam krzywdy bez powodu – zrobił minę pełną skruchy.
   - Jak nas znaleźliście? – Ash zmarszczył brwi.
   - Mamy swoje sposoby… To jak? Chyba nie chcesz, aby te biedne dzieci zginęły? – wskazał na gromadkę maluchów siedzących przy ciepłym ognisku. No, nie. Tego było już za wiele. Jak można zabić dzieci?
   Ash przełknął ślinę i spojrzał smutno na nas.
   - Przykro mi. Wataha jest dla mnie jak rodzina.
   - Ja JESTEM twoją rodziną! Posyłasz nas na pewną śmierć! Jak możesz?! – krzyczał Lys wściekły. Myślałam, że zaraz popłyną mu łzy z Polików, ale myliłam się. Lys nie płacze. Nigdy.
   Wiedziałam, że nie mogę nic zrobić. Walczyłabym. Ale po co, skoro i tak nie mam mocy, a wilkołaki nie wstawią się za nami? Plan Lysa prawie się powiódł. Prawie uciekliśmy. Prawie polubiłam Asha. Prawie odzyskałam moc. Tylko mały kroczek brakował, abym okaleczyła zmiennokształtnego ogniem. Gdybym oczywiście teraz nim władała. Niestety nigdy mi nic nie wychodzi. Lys zawsze ratował mi życie, a ja nie mogłam mu się odwdzięczyć. Mało tego, teraz zginie przeze MNIE. Wcale nie jest tak fajnie mieć moce. Zazwyczaj ginie się straszliwą i bolesną śmiercią. A, no i jeszcze ma się na sumieniu życie innych. Nie znam osoby takiej jak ja, która dożyłaby śmierci naturalnej. Dlaczego świat jest taki okrutny? Dlaczego ludzie mają prawo do szczęścia, a my nie? Zaczynałam wątpić w istnienie Boga. Zawsze miałam wątpliwości co do niego. Ale wierzyłam. Wierzyłam, że kiedyś odnajdę szczęście i byłam już blisko. Myślałam, że wszystko będzie dobrze, ale wtedy pojawił się Marcin i wszystko się zmieniło. Tam, w podziemiach nawet myślałam o samobójstwie, ale nie mogłam zrobić tego Lysowi. Nie w takiej chwili. Teraz zaczynałam tego żałować. Skończyłabym ze sobą i nic bym nie wiedziała, nie czuła. Chociaż z drugiej strony po prostu poszłabym na skróty, a to nie załatwiłoby sprawy. Zmiennokształtny ze złości zabiłby Lysa. Nie, nie mogę dopuścić, aby coś mu się stało. Nie pozwolę go skrzywdzić. Będę go bronić z całych sił.
   Zawsze warto spróbować swoich sił. Wytworzyć ognia nie mogę, ale może uda mi się pożyczyć go z ogniska?
   - Już nas nie skrzywdzisz! – krzyknęłam, po czym skierowałam rękę na ognisko i płynnym ruchem wskazałam na Marcina.
   Czułam wściekłość. Wypełniała mnie całą. Czułam to, chciałam tego. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Zmiennokształtny już dawno zabiłby nas wszystkich. Dlaczego tego jeszcze nie zrobił? Co prawda lubił bawić się emocjami innych, ale… Nie wiedziałam co o tym myśleć. Miałam wrażenie, że nie myślę trzeźwo. Przyjemne zimno wypełniło moje serce nienawiścią do wszystkich, którzy kiedykolwiek wyrządzili mi krzywdę.
   Widziałam jak ogniowe macki rzuciły się na chłopaka. Dwie odcięły mu drogę odwrotu, a dwie zaatakowały od przodu. Robiły dokładnie to co chciałam. Czułam jak jednoczę się z nimi. Podeszłam bliżej ogniska. Macki powoli lizały jego dłonie, potem nogi. Powoli wypalały dziury w jego spodniach, bluzce… Bawiłam się nim. Zasłużył. Na wszystko co zamierzałam mu zrobić. Podeszłam do niego. Stałam tuż przed nim, cała w ogniu. Nic mi nie robił. Byliśmy jednością. Złapałam Marcina za podbródek moją płomienną dłonią. Próbował nie krzyczeć, ale i tak zaczął wrzeszczeć jak dziewczyna, gdy tylko poczuł ogień w mojej dłoni. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Przez chwilę nawet widziałam jak jego usta wykrzywiają się w triumfujący uśmiech. A może tylko mi się zdawało?
   - Nigdy więcej nie zrobisz nikomu krzywdy! – wycedziłam przez zęby. Słyszałam, że mój głos zagłuszał ogień, w którym stałam. – Nigdy.
   Spojrzałam w jego pełne nienawiści oczy i postanowiłam zakończyć jego marny żywot. Odsunęłam się o krok.
   - Przemyśl swoje czyny.
  Wyciągnęłam przed siebie rękę i stworzyłam mały płomyk. Drugą przesuwałam wzdłuż ramienia zbierając i jak najwięcej energii. Gdy dłoń znalazła się przy nadgarstku, z małego płomyka powstał wielki podmuch zabójczego ognia. Patrzyłam z zadowoleniem na palącego się zmiennokształtnego. Na twarzy pojawił mi się szyderczy uśmiech. Marcin nie ruszał się z miejsca, ale palił się żywym ogniem. Krzyczał żałośnie, a ja karmiłam się tym krzykiem. Chciałam, aby jego żałosne skomlenie usłyszał cały świat. Myślałam, że będzie błagał, abym darowała mu życie, ale zachował swoją godność. Upadł na kolana cały w płomieniach.
   Nareszcie wykonałem swoje zadanie. Zabijanie daje Ci przyjemność. Mój Pan będzie zadowolony.  Usłyszałam w mojej głowie. Nawet podczas spotkania ze śmiercią, zmiennokształtny umiał dostać się do mojej głowy.
   Padł na ziemię, nie dając oznak życia.
   Ja, Fay Owen, zawsze grzeczna i miła, spaliłam go żywcem.

   

5 komentarzy:

  1. ).) Jaaaaa..... Toż to cudo! Nie mogę wyrazić swojej dumy do ciebie.. Rozdział genialny! Wielkie postępy, i chyba nagły wielki przypływ weny? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde !! :O
    Oby mi tylko Fay charakterku nie zmieniła. :o
    Boski. :3 ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoja ocena jest już gotowa: http://oceny-blogow-dla-odwaznych.blogspot.com/2014/01/4zawsze-jest-jakies-wyjscie.html :)
    Zapraszam,
    Carmen E.

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Na razie nie mam pomysłów, ale po jakimś czasie na pewno dodam następny rozdział :D

      Usuń